Monday, 5 July 2010

Back in the USSR

Na język rosyjski zapisałem się już w pełni świadom swojego wyboru. Nie nauczyłem się ani wierszyków o Stalinie, ani o robotnikach, nie znam nawet słów Kalinki. Przeszkolono mnie jednak na tyle, bym odróżniał tych parę bukw i potrafił się przedstawić w języku sąsiadów, których mowy nie bardzo chcieli uczyć się nasi rodzice. Nie chcieli może nie dlatego, że wybierali między rosyjskim a rosyjskim, ewentualnie rosyjskim, ale dla samej zasady sprzeciwu wobec „okupanta”. Pokoleniu które nie pamięta już ani muru w Berlinie, ani lizaków kupowanych za miliony nie udziela się już taka niechęć. Po fali lat 90tych, kiedy nareszcie można było bezkarnie odebrać od Rosjii co swoje, a artyści za przyzwoleniem chwili wyżyli się za wszystkie czasy, przyszły takie kiedy nie trzeba się głowić nad krytyką wobec Rosji. Mówienie o swoich uczuciach wobec tego kraju nie przynosi już takich skrajnych reakcji. Jak mówić o Rosji? To pokazał Aleksander Cirlić, którego wystawa zawisła w Viurze.

Zaczyna się dość nietypowo, kilka płócien, żadnych śladów sprayu, puszek, rysunków wykonanych na partyzanta, dopiero zbliżając się do pierwszego z obrazów dostrzegamy szablonową produkcję, którą posłużył się młody twórca. Nie wiem dlaczego akurat tego typu skok w bok urządziła załoga Viura, ale dopóki to pytanie nie dręczy mnie przesadnie, oglądam kolejne obrazy. Obrazy na które przerzucono strony starych elementarzy języka rosyjskiego. Zadaniem ,jakie nałożył na siebie artysta, było uwydatnienie estetycznych walorów, topornych, estetycznych rysunków spod socrealistycznej ręki. Rysunki ładne, kolorowe, zresztą to nie wielka checa gdy porównać taki obrazek do wyblakłych slajdów, ale co dalej? Konsekwentnie przeszedłem przez przyspieszony kurs językowych wprawek i niewiele więcej. Poza sympatycznym powrotem do rosyjskich słówek nie dane było mi zrozumieć relokacji znaczeń związanych ze zmianą kontekstu, w jakim odbiera się ten sam wizerunek. Rysunki straciły wartość utylitarną, nie uczą, ale czy zyskały coś w zamian? Nie zauważyłem.

Powraca pytanie, dlaczego takie prace pojawiły się w galerii? Oczywiście street-artowa z założenia galeria wcale nie musi gwizdać w jeden uliczny gwizdek. Dobrze w tej przestrzeni pokazać coś co z ulicą ma tylko po drodze i to po dość okrężnej drodze. Tym razem, poza ciekawą oprawą wernisażu, który odbył się nietypowo poprawnie i galeryjnie, nie uświadczyłem w galerii przyjemności odkrywania nowych alternatywnych źródeł artystycznej energii. Back in the USSR, śpiewali kiedyś Beatlesi i im się udało. Nie tyle wrócili, co uciekli w kpinę, która przeciwstawiła się banalnym piosenką. W galerii Viuro takie ucieczki serwowane są bardzo często, jednak ucieczka do Moskwy wyszła dosyć przeciętnie.

Tuesday, 22 June 2010

Złoto głupich, Insa i Inkie w Warszawie


Wzmożone zagęszczenie białych koszulek i kolorowych butów na skrzyżowaniu Chmielnej i Szpitalnej zwiastuje aferę. Przechodzący niepewnie zerkają na szturmujących drzwi sklepu Nike Sportsewar, jakaś pani wtrąca: „znowu wyprzedaż”. Jakby na złość pani, tym razem nie wyprzedawano, chyba że towarzyszące wystawie INSY i INKIEGO ceny dzieł traktować jak wyprzedaż ich prywatnych kolekcji. Klasa tego co pokazali nie wskazuje jednak, że to wyprzedaż niesprzedanych ostatków.

Uważni obserwatorzy Secret Wars mogli już spotkać pana INKIE kilka miesięcy temu, gdy chłopcy z Warszawy podejmowali Glasgow. To co pokazał tym razem, różni się znacznie od szybkiego flamastrowego Freestyle serwowanego jakiś czas temu w wojnie na mazaki. Prace ordynarnie ociekały złotem, momentami były jak przerysowane teledyski 50centa. Na bogato, ale nie trzeba odwoływać się do tytułu wystawy „Fools' gold”, żeby odczuć kpiarską zadrę obrazów INKIEgo. Inne prace przypominały secesyjne witraże, oczywiście na złoto i z Indiankami, zamiast rudowłosych Wenus. Całkiem ciekawym zjawiskiem wydaje mi się transformacja ornamentu. Miks jak najbardziej użytkowych motywów art deco i elementów Mangi, czy Disneyowskich kreskówek to interesująca propozycja, kto wie może doczekamy się ornamentu „bling-bling”.

INSA, równie barwna postać wyspiarskiego streetu, którego prace można było zobaczyć na londyńskich murach i w równie londyńskiej Tate Modern. INSA znany jest też z romansu z firmą NIKE, dla której projektował T-Shirty i wzory do limitowanych serii butów. Artysta, który chyba jeszcze bardziej od farby w puszce lubi kobiece wdzięki, często wrzuca na ściany mocno fetyszyzowane obrazki nagich pań. I tym razem dwa wielkie murale pokryły ściany sklepu. I jak to INSA ma w zwyczaju nie była to nagość bezpośrednia a ubrana w przezroczysty schemat ciuchów, których istnienie wyznacza sam kontur. Inne prace to zdjęcia skompo odzianych latynosek za domalowanymi na szybie kratami, oczywiście kraty te tworzy gruby „golden”. Wszystko to jak z piosenki Felixa Da Housecat „The fame, the vanity, the glitz” bo tyle w tym Fame, że nie sposób odgonić myśli o ironicznej refleksji, która zaczyna prowadzić w całkiem anty-konsumpcyjne rejony. Śmieszył mnie tylko fakt, że takie kpiarskie zapędy połączone są z prezentacją nowych ciuchów, które wraz z INSĄ przyjechały na handel. No ale zarabiać trzeba, a sklep nawet jako tymczasowa galeria wciąż służy do sprzedawania.

Złoto głupców, tłumacząc tytuł wystawy to zabawny pastiż potrzeby wystawności, która jakoś silnie związała się z chociażby hip-hopową subkulturą, chociaż artyści nie strzelają w sam hip hop, ale krytykują samą strukturę ogólnego zjawiska. INSA i INKIE stoją gdzieś między ulicą a galerią, a może o krok wyżej, kpiąc sobie z reguł i z jednej i z drugiej. Te dwie gwiazdy pokroju Banksego spotkały się i narobiły niezłego szumu, a wszystko to w małym sklepie w centrum Warszawy.

Saturday, 5 June 2010

Odkodować Gayera.

Sztuka ma w sobie tajemnicę, lubimy patrzeć i rozpoznawać, odszukiwać zależności,. Zabawa w detektywa jest jedną z przyjemności w patrzeniu na dzieła artystów. Czujemy satysfakcję kiedy kod artysty staje się dla nas czytelny, przechwytujemy „utajoną informację”. Dobra salonowa zabawa znana od lat, na pewno lepsza taka niż żadna, no albo w „teżbymtak”. Zabawę w zrozum mnie jeśli potrafisz zafundował nam Michał Gayer, którego wystawę Invitatus możemy zobaczyć w galerii Program.
Sięgający do kolan biały mur ustawiony jest w galerii tak by coś skrywał. Trzeba podejść, stanąć nad nim, by zobaczyć dziwaczną instalację, którą przysłania. Pomalowane zieloną farbą wentylatory komputera, przyciągają samą chęcią zdemaskowania zasady ich działania. Uruchamiane w dziwnej sekwencji prowokują do obserwacji, a nuż znajdę prawidło działania, złapię artystę za nogę. Po chwili jednak uśmiechamy się do siebie, artysta widz 1 -0. Łatwy chwyt złapał nie artystę a widza, na tym jak bardzo potrzebuje tego typu „zagadki” i na jakiej płaszczyźnie działa odkodowywanie języka twórcy. Czy to, że znajdzie się regułę coś zmieni? Na pewno pochłonie sporo czasu na dziecinną zabawę, ale przecież Gayer zaprasza nas do robienia „Głupich Rzeczy”.


Z maszynerią do odkodowywania współgrają rysunki i obliczenia absolwenta Katowickiej ASP. Rozpisane w kilku tabelkach słowa „ŻYWY TRUP”, „TAK NIE” i zegary nastawione tak by pokazywały dwie różne godziny, tworzą kod. Brakuje tylko pisania z prawej do lewej strony i bylibyśmy uwikłani w kod, który ostatnimi czasy stał się słynniejszy od samego autora. Być może te zagadkowe statystyki, ewidentne próby odkrycia czy spisania zależności, mają jakiś naukowy sens( wtedy po prace zgłosi się muzeum techniki), ale ta praca staje się najciekawsza dopiero w procesie obserwacji oglądających. Mozolnie odczytują, zbliżają się do prawdy, tu znów dostrzegają nieścisłość, tracą wątek i oddalają się od rozwikłania matematycznego supła. Szyty grubymi nićmi kod jest pretekstem do refleksji nad odbiorem dzieła. Kod ma tylko jedno rozwiązanie, w drodze komunikacji jest nadawany i rozkodowywany. Prosta sprawa. Wszyscy po rozkodowaniu otrzymują ten sam przekaz. „Ten sam przekaz” staje ością w gardle dla współczesnego artysty. Ciężko jest porzucić chęć bycia zrozumianym, zwłaszcza gdy tworzy się dzieło , które ten przekaz ma mieć. Zaprogramowany z jakims komunikatem produkt artysty, może być jednak zrozumiany zupełnie „opacznie” a w każdym razie inaczej. Każda obserwacja przepuszczona przez sito osobistych doświadczeń produkuje nowe dzieło. W tej sytuacji piłeczka znajduje się po stronie widza, który poniekąd dostaje przyzwolenie na interpretacyjną samowolkę. Wpuszczenie w artystyczny obieg zwartego kodu tę piłeczkę odbija. Kod po prostu trzeba odcyfrować. Dwie prace to bardzo dobra ilustracja nowoczesnych artystów i widzów i ich potrzeby wzajemnych podchodów. Odczytujemy to czego wcale nie widzimy, artysta chce pokazać to czego wcale nie pokazał a zwycięzcy podchodów nie ma.


Chaos, w którym jak podejrzewamy, ukryte jest przesłanie, dominuje też w pracach rysunkowych i instalacyjnych przypominających założenia osiedlowe. Powtórzone kilkakrotnie szkice architektury i makieta wielkiego bloku, skupiają się na rytmizacji architektury. Przypominające NRDowskie molochy konstrukcja gubi się jednak we własnym rytmie. Jednostajny takt zamazany jest farbą, która dewastując blok odsłania dwie płaszczyzny patrzenia na dzieło. Czy to architektura została zdewastowana, czy może graffiti znalazło sobie podkład na starych murach. Farba wkleja się w każdą wolną przestrzeń, utrudnia wyobrażenie sobie bloku sprzed dewastacji. Purytańska biel i „syf” stają się jednym, a analityczne spojrzenia próbują rozerwać, odseparować to co weszło w symbiozę. Znów złapałem się na tym, że cała instalacja była tylko podstępem, pretekstem do tego, żeby pokazać jak bardzo patrzenie różni się od widzenia. Jak bardzo chcę widzieć to co mam zakodowane w głowie, a nie to co jest mi pokazane.


Invitans czyli zaproszenie, przede wszystkim do gry z własnymi schematami i pryzmatami, które ujawniają się dopiero gdy patrzymy na siebie z perspektywy. W taką zabawę artysty i widza z samymi sobą wciągnął mnie Michał Gayer i udało mu się. Od teraz nie szukam kodu, szukam podstępu! Cała mistyfikacja, misterna przykrywka ujawniła to co napędza wodę na młyn filozofii sztuki już od ładnych paru lat, ale jak rzadko kiedy te rozważania udało się uplastycznić. Co więcej, wyjść z dziełem poza formę materialną i zahaczyć o interakcję z widzem.

Sunday, 30 May 2010

Kadry z Polskiego Chinatown

O Osiedlu za Żelazną Bramą chciałem napisać już od dawna. Może dlatego, że zanim jeszcze wprowadziłem się do jednego z dziewiętnastu gigantów socrealistycznej architektury zobaczyłem, że owiane jest ono lepszą bądź gorszą, ale zawsze sławą. Internetowa wyszukiwarka na podane hasło wyrzuca kilkanaście notatek i zdjęć, w których można wyczytać nieco na temat historii osiedla. Powstałe w latach 1965-73 założenie było supernowoczesną propozycją, która na niewielkiej powierzchni miała pomieścić kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Mieszkanka niewielkie, bo na mieszkańca ma przypadać 11 metrów kwadratowych. Zwycięskie w konkursie SARP z roku 1961 założenia przewidywały też wspólne telewizornie, czyli coś, co można zobaczyć jedynie w schroniskach górskich. 11 metrów kwadratowych na głowę spowodowało też kolejną oszczędność metrażową, Za Żelazną Bramą to osiedle bez balkonów, co jak nic innego podgrzewa dyskusję o osiedlu.
Kolejnym powodem, dla którego chciałem napisać o „Warszawskim Chinatown” był wykład Gabrieli Świtek na temat Osiedla za Żelazną Bramą. Dyskusja o stanie ścian, które mogą nie wytrzymać następnych dziesięciu lat, problemy z komunikacją (bo któż 50 lat temu mógłby przewidzieć, że każde z czterystu mieszkań będzie miało swój odpowiednik na parkingu) ilustrowana była filmem. Anonimowy jeszcze wtedy materiał pomocniczy wrócił jak bumerang podczas wizyty na wernisażu wystawy ”Za Żelazną Bramą”.
Dużym zaskoczeniem była dla mnie wizyta w CSW i kolejny wernisaż bez wystawy. Bez wstępnych pogadanek zaproszono nas do sali, gdzie na białej bryle przypominającej jeden z bloków zaprezentowano film Heidrun Holzfeind „Za Żelazną Bramą”. Okazał się on owym bezimiennym materiałem pomocniczym z wspomnianego wykładu. Nie długo trzeba było czekać, by poczuć smak wielkiego i równie wielokulturowego założenia. Wszystko zaczyna się od wypowiedzi chłopaka, która przeradza się w kłótnię ze staruszkiem, dalej szczęśliwi z bliskości synagogi Żydzi, którym po prostu „dobrze się tu żyje”. Krótkie wypowiedzi ochroniarzy, czy raczej stróżów, którzy stają się bardziej jednymi z mieszkańców niż pilnującymi porządek pracownikami. Kolejnymi podglądanymi są biedni i bogaci, starzy i młodzi, Polacy z pokoleniowymi tradycjami i obcokrajowcy, którzy nie radzą sobie z językiem polskim. Podział wydawałoby się prosty, może zbyt prosty. Każdy szukałby takich podziałów, każdy kto mieszka w podobnym miejscu widzi je. Ale film austriackiej reżyserki w pewnym momencie oddala perspektywę pojedynczego mieszkania, pokazując nam cały blok, w którym te osoby, biedne, bogate, stare i młode żyją wspólnie. Chociaż narracja filmu jest mocno poszarpana, a w jednym ujęciu obejmuje tylko jedną z osób, pokazuje pewnego rodzaju wspólnotę. Poza faktem mieszkania w tym miejscu nic więcej ich nie łączy, każdy opowiada tu tylko o tym jak i czemu tu żyje. Mimo to pewne sprawy, choćby technicznych rozwiązań jakimi jest słynny brak balkonów, łączą tych ludzi.
Osiedle Za Żelazną Bramą to miejsce, gdzie z jednego punktu możemy obserwować starą architekturę ruin getta, socrealistycznych molochów i postmodernistyczną architekturę biurowców. Te krótkie przebitki w filmie Heidru Holllzfeind tylko uświadamiają nam gdzie się znajdujemy, a może właśnie to jest gruntem fascynacji osiedlem jako problemem socjologicznym. Z filmu może nie wprost , ale płynie obraz osiedla, w którym zatarte są rasowe, wiekowe i ekonomiczne podziały. Nie ma tu ani nadętej idealizacji ani usilnego poszukiwania problemu. Dystans, za którym szła jednak pewna życzliwość współlokatora przebija przez każdą z prowadzonych rozmów. Wszystko to łączy się w zwarty obraz Warszawskiego Chinatown widzianego od wewnątrz, oczami codzienności.

Saturday, 8 May 2010

"Black" blond czyli Viuro wita Rafała Czajkę

Rafał Czajka, powoli trzeba oswajać się z tym nazwiskiem, młody student grafiki, prężnie działa na warszawskiej scenie. Jeszcze tydzień temu przygotowywał witrynę na festiwal Hożarty 2010, by w ten weekend przygotować wystawę w galerii Viuro. Dziecko vlepvnetowego składu, które współpracowało już z galerią Viuro przy wspólnych wystawach, zaprezentował nam to czego dorobił się w ciągu kilku lat swojej artystycznej kariery. A jest tego sporo i ponoć nie jest to piękne.
„It’s not beatifull”, tak zatytułował wystawę artysta. Czy jednak? Wchodząc w pokój artystycznych zwierzeń galerii Viuro od razu zauważamy motyw centralny. To już chyba tradycja, że na środku ściany musi być coś, to coś powinno być duże i koncentrować wokół siebie wystawę. Wielki ptak, a właściwie jego popiersie, który przypomina nieco indiański totem, łypie jednym okiem na salę, świdrując nas przenikliwym wzrokiem. Z tułowia ptaka wyrastają zdecydowanie nie ptasie szpony a ręce, z których, jak stygmaty wyzierają dwa symboliczne znaki. Złączone krzyże i kotwice które całej figurze nadają jeszcze bardziej magiczno-symbolicznego charakteru. Trochę w tym prowokacji, trochę tajemnicy, ale przy okazji dużo z tego, czym Czajka chce nas uraczyć. Krótkie, szarpane kreski są jak dobry punkowy kawałek, szybki, energiczny, z pozoru chaotyczny i brudny, ale całość daje spójny, przemyślany efekt. Motyw dwóch krzyży to też puszczenie oka w kierunku ciężkich, metalowych brzmień, którymi artysta narkotyzuje się pracując.


Po obu stronach totemu wiszą prace malarskie, mocno abstrakcyjne, energiczne, i bardzo ekspresyjne. Nie ma w nich jednak tego potencjału, tej celności, która promieniuje z rysunków Czajki. Może dlatego, że są to prace akademickie, w jakimś stopniu zachowawcze, takie „dla Pana profesora”. Dalej wspomniane rysunki, 14 kartek, malowanych flamastrami, gdzie dziwne hybrydalne motywy ludzko-zwierzęce łączą się z charakterystycznymi, ironicznymi napisami. Żartobliwe napisy są świetnie zestawione z rysunkami, tworzą jakąś alternatywną perspektywę. Wśród rysunków znalazły się też te, które Rafał wykonał dla amerykańskiej grupy Neon Navajo. I są to chyba najciekawsze motywy graficzne, które wydają się być esencją „nie pięknej” twórczości.


Z sufitu zwisa styropianowa rzeźba, przypominająca kawałek skrzydła nietoperza i ostre piki, trochę jak z pamiętnej gry „Prince of Persia”. Jaka miała być ta rzeźba? Miała być brzydka! Wydaje się że vlepvnetowy post-vandalizm zakiełkował w głowie artysty. Dla mnie ta praca jest mocno związana z ideą antyestetycznych interwencji, które mają naprostować festiwalowy street-art.


Finałem wystawy jest mural, „BLACK”, czarny napis, rodem z okładek Black-metalowych kapeli rozciąga się na całej ścianie. Z daleka surowy, bez komentarza, po prostu Black. W tym momencie pomyślałem, że Czajka to naprawdę opętany chłopak, taka już ta młodzież, i że boga w sercu nie ma. Ale podchodząc bliżej widzimy jak Black-metal ocieka różową farbą. Gdzieś spod czarnej plamy wydostaje się róż, który demitologizuje całą „ciemną” postawę artysty. Fakt, prace są momentami mroczne, ale nigdy ślepo zapatrzone w konkretną ideologię czy nurt. Każda z prac, czy tych bardziej punk-artowych czy metal-artowych nie pozostaje bez komentarza, czasem ironicznego, czasem mocno zabawnego.


„Prace Czajki są jak paczka gorzkich landrynek”. I tak i nie, bo niektóre, najbrzydsze landrynki, których balibyśmy się wziąć do ust okazują się być tymi najsmaczniejszymi w artystycznej paczce. Czajka kpi z pop kultury , pozostając jej niesfornym dzieckiem. Nie pokazuje jednak, jak bardzo jej nie znosi czy kontestuje. Wyłapuje z niej co ciekawsze kąski i przerzuca na papier, a wszystko to jest bardzo świadome i konsekwentne. Wystawa to ciekawy przykład tego jak twórczość „po godzinach” różni się od tej studenckiej i że często trzeba przejrzeć nocną zmianę młodego artysty, żeby zobaczyć kim jest. Czajka to nie street fighter, ale bez ulicznych korzeni, nie pokazałby nam tak oryginalnej wystawy i pełnej konsekwencji tego czym przyszło mu się parać.

Tuesday, 4 May 2010

Ideozy vs Rewolucja

Kwietniowa odsłona wystaw Ideozy o wzniosłym tytule „Niech płonie ogień wolności” włączona została w jednodniowy maraton, który rozpoczął wykład profesora Turowskiego w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Prelekcja dotyczyła między innymi relacji między sztuką a polityką. Oczywiście, nie sposób w kilku słowach streścić tego czego dotyczy wykład, który jak wiedzą uczestnicy cyklu staje się wielką siatką skojarzeń, relacji, powiązań międzykulturowych, które tworzy Andrzej Turowski. Jak zwykle, wystawa miała stać się kuratorską odpowiedzią, kontynuacją myśli przedstawionych wcześniej.
Zasadniczą osią zajęć stały się trzy wybrane momenty krytyczne w rewolucyjnej historii XX wieku, na które reagowali artyści. Co więcej, miały to być cezury które wykazywały relacje między Polską a światem. Przedstawiono zatem rok 1956, 1968 i 1989. Daty te stały się pretekstem dla prezentacji różnych oblicz rewolucji i reakcji artystycznej, zarówno w Polsce jak w Europie Zachodniej. Przytoczony został Andre Bretona, który w 1959 roku zniechęcony sytuacją artystyczną Francji skierował odezwę do „polskich przyjaciół surrealistów” . Kolejnym artystą-rewolucjonistą wziętym na tapetę jest Joseph Beuys i jego projekt Transport dla Polski z 1981 roku. Kuratorzy do tego grona dołączyli jeszcze film Wilhelma Sasnala z 2006 roku, pokazujący zamieszki w Paryżu.



Tym razem przeniesienie wykładu na kuratorski projekt było do bólu bezpośrednie. Przedstawienie trzech inicjatyw, z których dwie nie wiążą się właściwie z artystycznymi artefaktami, sprawiły, że wystawa obyła się bez dzieł.. Fragment gazety, w której zamieszczono tekst Beuysa, przedruk odezwy Bretona, film Wilhelma Sasnala i jakby dla udobruchania widzów wieszak z torbami, które każdy mógł zabrać. Nie było wiele do oglądania, nie było też ciekawej ingerencji w strukturę galerii. Mocno konceptualny projekt, nie zdał moim zdaniem kuratorskiego egzaminu Minimalizm nie zaciekawił, a raczej stał się wyznacznikiem bezsilności w zmierzeniu z tematem. Może taki był plan i wcale nie chodziło o wystawę, w której kompilujemy dzieła.



„Wystawa budzi ducha rewolucji” w pierwszych słowach zaanonsował wystawę Piotr Słodkowski, jeden z dwójki kuratorów. W tym momencie na twarzach niektórych zagościł uśmiech . Niestety, wymownie milczący film Wilhelma Sasnala, fragment napompowanego chwytliwymi sloganami tekstu, nie budzi we mnie rewolucyjnego ducha. Niestety, nie wiem po co miałby budzić tego rewolucyjnego ducha i w kim miałby budzić. Miła atmosfera, piwo zamiast wina, prowokowały raczej sympatyczne spotkanie w gronie znajomych i luźne rozmowy, niż potrzebę dyskusji o rewolucji. Oczywiście sami kuratorzy zaznaczyli, że rewolucja to utopia a wystawa to hołd dla głosu o wolność i sprawiedliwość. Z tym zgadzam się w pełni. Jednak sama wystawa zawieszona jest gdzieś między „rewolucja jako utopia” i „potrzeba nam rewolucji”. Dla mnie takie położenie jest niestrawne. Na niewielkiej powierzchni , za pomocą trzech elementów próbowano zderzyć dwie perspektywy, rewolucyjnego zaangażowania i krytyki tej idei. Ja się w tej sytuacji nie odnalazłem. Duch rewolucji takoż we mnie nie zapłonął. Ale czy taka rewolucja jest nam potrzebna? I czy w takich warunkach jest możliwa? W cieplarnianych warunkach miłej sali, wśród zadowolonych osób to chyba nie realne. Ale to plus, tej wystawy, która wywołuje dyskusje o samym sensie i potrzebie rewolucji

Friday, 30 April 2010

Pionowa oś przez Appendix 2

Jak będzie wyglądać sztuka jutro? Co się z nią stanie? Chyba każdy, kogo sztuka interesuje w wymiarze czasowym Picasso wzwyż, zadaje sobie czasem takie pytanie. Jakby mimochodem, niby bez zobowiązań, zastanawiamy się co się wydarzy. I choć do demiurga sztuki mi daleko, to po cichutku, tak by nikt się nie dowiedział, też drażnię się tym pytaniem. Z perspektywy pisarczyka takie spekulacje są dość niebezpieczne, łatwo jest puścić wodzę fantazji i formułować postulaty, które nie stymulują a programują wizję przyszłej sztuki. Zupełnie inaczej taka demiurgiczna zabawa wygląda od strony galerników. To tam, tego typu spekulacje mogą mieć miejsce, co więcej są całkiem wskazane. O taką wystawę pokusiła się galeria Appendix, organizując pokaz najnowszej sztuki zatytułowany „Linia Y”.
Kurator Jacek Sosnowski zaprosił do współpracy artystów z trzech miast: Poznania, Warszawy i Wrocławia. W praskiej galerii powstały trzy mini pawilony, może nie całkowicie zamknięte, ale jasno oddzielające produkcję artystyczną trzech okręgów. Ciężko ferować wyroki o „stylu miasta”, czy trzech szkołach. Taki podział napędza jednak porównawczy motor, tak w zakresie trzech grup jak i zależności między nimi.
Na początku przyszło mi w udziale stanąć twarzą w twarz z Lordem Vaderem. Prawdziwy fan Gwiezdnych Wojen mógłby tu zarzucić, że z Vaderem można stanąć co najwyżej twarzą w maskę, ale rzeźba Piotra Flądro to odlew połowicznie zdemaskowanej, zniszczonej i pokiereszowanej twarzy jednego z głównym bohaterów sagi Georga Lucasa. Trochę zdziwił mnie taki bezpośredni, przekalkowany model, intryga zaczyna się właśnie po przyjrzeniu się oszpeconej twarzy. Pop kulturowa postać wygląda przez to jak wyjęty z płomieni, przepalony, odkurzony relikt przeszłości.

Silnym malarskim punktem był obraz Aleksandra Ryszki Children of the resolution. Duże płótno z zarysem ściany, na której ktoś mazakiem nagryzmolił tytułowe „Children of the revolution” i znany motyw „falliczny”, rysowany przez chłopców gdzie popadnie, który z niewyjaśnionych powodów śmieszy zarówno tych młodszych jak i starszych rysowników. Wszystko to za kratami, czarnymi, ciężkimi, które zamykają tę rewolucje. Może i rewolucja istnieje, ale na ścianie, obok trywialnego rysunku, a my możemy przeglądać ją tylko przez raster metalowych krat.
Od tego popkulturowo-prześmiewczego zgiełku oddzielony jest poznański zakątek. Między pracami artystów z Poznania można poczuć błogie uwolnienie się od rzeczywistości. Nie jest to jednak infantylna wycieczka w kierunku jednej z bezpiecznych wysepek na artystycznej mapie. Zaprezentowano tam między innymi prace Piotra Żylińskiego, z których jedną („Zepsute korzenie”) można było zobaczyć niedawno w galerii STEREO w Poznaniu. Obie prace video młodego artysty są niezwykle malarskie, delikatne, może senne, ale to ciekawy nośnik treści przekazywanych przez Żylińskiego. Spokojem mamią też prace Zofii Nierodzińskiej, które z każdą sekundą wpatrywania się w nie, stają się coraz dziwniejsze, nie tyle niespokojne co niepokojąco łagodne. Seanse spirytystyczne artystki kojarzą mi się trochę z dramatami Brunona Schulza, niby nic się nie dzieje, wszystko jest ciche, a ja i tak czuję się nieswojo.
Linia Y, mimo że mój mariaż z matematyką nie był najszczęśliwszy, kojarzy mi się z pionową osią układu współrzędnych. Już tytuł narzuca jakąś wertykalną oś przemian i podziałek, które na tej osi są zaznaczane. Po pokoleniu młodych gniewnych, młodych Ładnych, przyszli do nas młodzi, którzy nie chcą się buntować? Młodzi są chyba bardziej świadomi, zbyt świadomi i zbyt krytyczni, żeby porywały ich slogany, żeby rzucone od tak słowa, prowokacja, bunt mogły pociągnąć ich za sobą. Część, jak Piotr Żyiński swoje inspiracje odnajduje w sytuacjach zupełnie nie związanych z polityką codzienności. Ci, którzy o tą politykę zahaczają patrzą na nią z mniej zaangażowanego a zdecydowanie bardziej ironicznego punktu. Na wystawie znalazło się kilka dzieł z cyklu „to już było”, choć może to wina powierzchownej oceny, ale i dużo ciekawych i nowych dróg które torują sobie młodzi artyści.
Appendix2 zaserwował nam ciekawy set najświeższej sztuki. Oczywiście jest w tym trochę niedosytu. To efekt płyty demo, która prezentuje nam tylko część i nie zawsze jest to ta część twórczości, w której się zakochujemy, a może to jedyna mocna strona. Nie wiem, a dowiedzieć mogę się tylko dzięki tego typu inicjatywom. Bo takie przeglądy są niezbędne, by pokazać co w w sztuce piszczy i by przewietrzyć galerię.

Monday, 12 April 2010

Uporczywe poszukiwania Stacha Szabłowskiego

Malarstwo jest jak młodzież, najgorsza w czasach, w których przyszło nam żyć. I tak, z pokolenia na pokolenie równia pochyła. Dziwne zdaje się tylko to że każda młodzież, która już trochę podrośnie staje się tą wzorcową, wobec której młodsi są tymi aktualnie najgorszymi. W Polsce co raz mówimy, że „kiedyś to było”. Kiedyś tośmy zdobywali medale, kiedyś to się strzelało Brazylii bramki, kiedyś to w Polsce byli dobrzy malarze. O ile statystyki sportowe można porównywać, to nieokiełznana potrzeba porównywania i zestawiania w przypadku malarstwa bierze w łeb. Malarstwo przeżyło już tyle śmierci, że zasłużyło sobie na miano seryjnego mordercy (samobójcy). Malarstwo umierało u impresjonistów, dalej umierało u Malewicza, jeszcze później umarło u Duchampa. Z każdym nowym nurtem malarstwo umiera na nowo, oczywiście każdy z nich to ten ostatni i pewny. Malarstwo jednak na przekór odradza się i na złość uporczywie żyje. „Uporczywość”, bo tak zatytułował wystawę w Salonie Akademii kurator Stach Szabłowski, to jego wizja uporczywie nieumierającego malarstwa. Jak nie umiera malarstwo?
Pierwszym dziełem wystawy o malarstwie „Uporczywość”, jest oczywiście film wideo. Mimo to, praca doskonale spisuje się jako starter wystawy. Tubka farby o monstrualnych rozmiarach, z której uporczywie wydostaje się farba. Farbę od środka wypycha leżący w tubce artysta. Postać gramoli się dość mozolnie, ale cel wydaje się warty poświęceń, w końcu za litrami farby ma ukazać się nam sam artysta.
Dalej przegląd malarstwa i nie tylko, artystów, nie świeżo po akademii, ale tych którzy jeszcze do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej mogliby się zapisać.(przyp. lat 35). To wreszcie prace malarzy, którzy Stachowi Szabłowskiemu przywrócili wiarę w polskie malarstwo, wiarę którą utracił był parę lat wcześniej. Jak widzi malarstwo po malarstwie krytyk i kurator wystawy?
Skoro malarstwo umarło (chodzą takie słuchy), to trzeba malować (bo bezsprzecznie farbą na płótnie nadal się maluje) obrazy pomalarskie. To jedna struna na której zagrał Stach Szabłowski. Zaprezentowane prace postmalarskie to właśnie dyskusje na temat malarstwa zapisane na płótnie. To pytania o to jakim językiem ma mówić malarstwo, o to czy to co robi ma sens. Ogółem, mocno postmodernistyczne rozkładanie na czynniki pierwsze i składanie od nowa tego co już było. Ta strona wystawy jest dla mnie dowodem na to, że malarstwo jednak kuleje i ciężko mu wydostać się z modernistycznego pomysłu na sztukę. Przypomina to czczą dyskusje z samym sobą, albo spotkanie z kumplem po latach, gdzie pije się wspomina i nagle wszystko co było staje się piękne, ciekawe i warte podkreślenia. I nie wiem czy odchodząc od takich płócien nie powinienem też cicho westchnąć „kiedyś to się malowało”?
Drugą stronę wystawy zdominował jeden artysta, Radek Szlaga. To w jego pracach można dopatrzyć się zupełnie innego pomysłu na malarstwo. Świeże prace, opowiadające co prawda historię samego malarstwa, przemawiają do nas zupełnie innym językiem. Poznański artysta w złożonej pracy zaprezentował to czym malarstwo żywiło się od pradziejów, kopiowaniem i tworzeniem. Jego praca to ciągły paradoks twórcy i odtwórcy, kopisty natury i kultury. Już rzeźba człowieka pierwotnego, który maluje mamuta a w ręku trzyma szkic trupiej czaszki, to malarski oksymoron. Nie wiadomo co jest prawdziwym malarstwem a co jest malarstwem „fake”. A może malarstwo nie zna podziału na pierwsze i wtórne? Szladze udało się stworzyć swój język, popkulturowych skrótów myślowych, które są przez widza podświadomie odczytywane. Artysta nie zastanawia się nad odrzuceniem naśladownictwa i abstrakcji, korzysta z obu, tworząc swój język.
Całą wystawę oplata pas malowany przez Annę Panek. Tysiące motywów, kolorów, kształtów, łączą wszystkie prezentowane obrazy. Czasami kontrastują z zimnymi pracami, jaskrawymi barwami, czasem tworzą linie która przypomina tę która oddziela widza od dzieła w muzeum. Czasem staje się właściwie niewidoczna, choć ciągle istnieje. Pas wykonany został już po zawieszeniu innych prac, co sprawiło, że kurator oddał pole artystce, która poprowadziła wystawę komentując dzieła, drażniąc się z nimi.
Czy Stach Szabłowski przekonuje, że malarstwo uporczywie żyje? Połowicznie. Mnie raczej utwierdził w przekonaniu ,że wciąż pozostaje w rozkroku. Gdzieś między tym co już było i jakoś nie może dogasnąć, a tym co nowe, ciekawe, porzucające modernistyczne pretensje, po prostu robiące swoje i to bardzo dobrze. W którą stronę przechyli się malarstwo? A może zawsze będzie po obu stronach ornamentalnego pasa? Jedną nogą kontestując to co się działo, drugą wyrywać się do przodu.

Saturday, 10 April 2010

Street art w obliczu katastrofy. 3fala


Street art w obliczu katastrofy. 3fala.

Sunday, 4 April 2010

Lump, który jest Elo (Melo) w Viurze

Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni.Banda lumpów na ulicach, to już prędzej. Właściwie nie sposób przeoczyć lub nie dosłyszeć a już na pewno nie poczuć szanownego menela na chodniku. A zdanie „poratuj mordeczko groszem” jest chyba wprost proporcjonalne do wzrostu temperatury na zewnątrz. Słowo lump dobrze się nie kojarzy. Do czasu gdy poznać Lumpa, który jest zdecydowanie elo, Elo Melo. Kierunek Praga! W Galerii Viuro czeka nas spotkanie z nietypowym Lumpem Elo Melo i jego pracami.
Po dwóch ogromnych monochromach Hiro i Jaremy, które wypełniły Viuro, czas na wiosenną odmianę z Lumpem. Ascetyczne zimno wcześniejszych projektów zastąpiła artystyczna schizofrenia szczecińskiego twórcy . Na „dzień dobry” dostajemy jeden z najciekawszych punktów wystawy. Autoportret artysty wykonany z puszek po farbie, ustawionych tak by ich dozowniki tworzyły zwartą ścianę. Każda puszka to jeden kolor, czyli stara zabawa z dywizjonizmem, ale doskonale zmiksowana z poezją ulicy. Dopiero z końca sali widzimy twarz, którą tworzą poszczególne kropki. Praca naprawdę może się podobać nie tylko fanom street sztuki bo pomysł ,choć nie nowy, w tej odmianie mocno zaskakuje. Pozostając pod wrażeniem tej pracy spoglądam w bok a tam już czeka na mnie kolejne, jeszcze większe buum. Praca dyplomowa Lumpa, czyli fotografie z interwencji w przestrzeń miejską. Każdy z nas widział, a zazwyczaj bezwiednie omijał opasłe słupy ogłoszeniowe, brzydkie, pstrokate mini galerie polskiej poligrafii amatorskiej i plakatu „pożal się boże” reklamowego. Lump wykorzystał strukturę słupa i iluzjonistycznymi malunkami przetworzył ją na nowe, zaskakująco przystające do bryły formy. Jest i puszka farby i latarnia morska, szpula z nawiniętym kablem i papuga w klatce. Mnie chyba najbardziej podobała się puszka farby w sprayu , bo wyglądała trochę jak pomnik graffiti, żeby nie powiedzieć nieznanego grafittciarza. Duże zaskoczenie i estetyczna przyjemność a po chwili żal, że przestrzeń w mieście nie zostaje oddana artystom takim jak Lump.
Kolejne prace to przejście w zupełnie inny świat. Dziwne pseudoromantyczne postaci namalowane na kartonach. Burtoneska - termin o którym dowiedziałem się niedawno , przy okazji wertowania recenzji wystawy Tima Burtona w Nowojorskiej MoMA Jest coś z Burtoneski w sztuce Elo Melo. I tu dla niektórych zaczynały się schody, jak to Lump Elo Melo, chyba raczej Lump, Elo Melo albo Lump i Elo Melo, przecież jest ich dwóch. Nic podobnego, ten sam artysta wykreował dwa światy w swojej twórczości. Co więcej, dla tych dwóch światów, jednego ulicznego, drugiego galeryjno-komiksowego stworzył dwa odrębne języki. Elo Melo maluje postaci, nie pozostawiając ich bez komentarza. Uważny widz dostrzegł dyptyk, który zawisł w Krio-komorze galerii Viuro. Dwie postaci, w pseudomuzealnych i koczowato patetycznych ramach, zerkają na nas, tak jak zerkają z portretów dumne postaci francuskich arystokratów i angielskich Lordów. Takiego street żartu z muzealnych "och ach" jeszcze nie widziałem w Viurze, co tym bardziej mnie rozweseliło. Te postaci prowadzą dalej do malowanej już na ścianie opowieści.
Ściana Viura zamieniła się jak zwykle w wielowątkową narracje. Całość spięta jest motywem który mi kojarzył się z flagą Konfederatów, a więc back to the USA. Wszystko wychodzi od strzykawki, która jest też bohaterką dużego malunku na ścianie. Dzieciak podłączony do dziwnej aparatury, mnóstwo okablowania, pająk na ręce i strzykawka w dłoni. Wszystko znów przybiera klimat groteskowego snu. I rzeczywiście, jest to rodzaj snu o dzieciństwie. Artysta opowiedział mi, że wszystko związane jest z jego domniemaną chorobą serca, której obawiano się gdy był dzieckiem, stąd strzykawka i kable, wspomnienie młodości w szpitalach, pająk to gierka słowna, Pauk (nazwisko Lumpa Elo Melo) to po rosyjsku Pająk i stąd postać, którą w swojej twórczości polubił ELo Melo. Dopiero wtedy zauważyłem, że to postać wlewa czerwień w ścianę, której wzór kojarzył mi się z amerykańskimi historiami. To młody Pauk wstrzykuje w mur leczniczą farbę. Niezwykle ciekawe jest to, jak Elo Melo potraktował poprzednią pracę na ścianie, czyli dzieło Jaremy. Zdzierając ją (bo niestety taki los czeka wszelkiego rodzaju naścienną produkcje w Viurze) pozostawił fragmenty, wplatając je we własną opowieść. Taka artystyczna piątka została odebrana jako bardzo miły gest a destrukty pracy Jaremy wniosły wiele ciekawego, abstrakcyjnego niepokoju w pracę Elo Melo. Łączy te bardziej wyszukane, nadające się doskonale do galerii, prace z ulicznym zadziorem. Choć same prace Elo Melo świetnie broniłyby się na ulicy. Wystarczy spojrzeć na to z jaką precyzją trafiają do odbiorcy.
Viuro udowadnia , że pokazuje artystów, którzy już działają w street i jeszcze wiele mogą nam pokazać. Lump i Elo Melo, dwie artystyczne osobowości w jednym artyście, dwa światy, które jednak wiele łączy. Gdzieś w pracach Lumpa Elo Melo zatarte zostały granice między sztuką ulicy i sztuką z galerii, co powinno zainteresować i tych którym bliżej do street artu i tych którym daleko do zachwycania się nad sztuką miasta. Tą wystawę naprawdę trzeba zobaczyć.

Monday, 29 March 2010

Sekretna wojna na flamastry.

Gdyby Richard Wagner żył dzisiaj i wychylał głowę znad fortepianu, pewnie wyobrażałby sobie dzieło totalne jako Secret Wars. Popkulturowe gesamtekunstwerk, a właściwie kulturewerk, łączy w sobie rywalizację sportową, muzykę i przede wszystkim olbrzymią dawkę sztuk plastycznych w zupełnie nie schematycznej, nie przystającej do wielkiejmisztuki konwencji.
Projekt Secret Wars powstał już kilka lat temu z inicjatywy grupy Monorex. Później inicjatywa przeszczepiona została na europejski grunt gdzie, sądząc po frekwencji, przyjęła się dobrze. Wstęp do opisu jednej z bitew Secret Wars przypomina bardziej streszczenie zasad Mistrzostw Świata w piłce nożnej, niż działań artystycznych. 16 drużyn, każda z innego miasta w Europie, podzielonych na cztery grupy, toczy w tychże walki. Każda drużyna walczy z każdą, tocząc po dwa pojedynki na swoim podwórku i w mieście przeciwnika. Drużyna to 6 zawodników, z których 3 gra, a raczej maluje, a trzech kolejnych to w danym meczu rezerwowi. Walka trwa 90 minut (kolejne futbolowe skojarzenie) (nawiasy zastępują przecinki ;)) a drużyny do dyspozycji mają dwie ściany, po jednej dla każdego teamu. Orężem są czarne markery, inna broń surowo zabroniona. Nad wszystkim czuwa dwóch niezależnych sędziów, do których należą dwa głosy, trzeci to.. (a jakże!) aklamacja.


Mistrz ceremoni w paru słowach przywitał publikę, która czekała i doczekać się nie mogła, bo start planowano na godzinę 21, a artyści na scenie pokazali się dopiero o 23. Dalej było już tylko lepiej. Zawodnicy wchodzą na scenę, zespół Glasgow i Warszawy w składzie Swanski, Sepeusz, Mrufig. Przywitanie drużyn, rolę proporca pełnił gorzki z nazwy napój wyskokowy. Ostatnie przypomnienie zasad, ”panowie, ta walka ma być czysta, żadnych ciosów poniżej pasa” i ruszyli.
W naszym obozie zaczął Sepeusz, dosyć spokojnie, namalował dwie dłonie. Swanski i Mrufig przygotowują oręż. Szkoci zaczęli z pełną pompą. Trzy autonomiczne pomysły, trzy narracje, każdy robi swoje. Po stronie gości szybko powstają pierwsze zarysy koncepcji. Wyłaniają się pierwsze postaci, a raczej karykaturalne twarze, na środku szkockiego pola pojawia się zaczątek napisu, jeszcze mocno abstrakcyjny. Tymczasem w Polskim obozie nadal spokój. Swanski i Mrufig zabierają się do roboty kontynuując dzieło Sepeusza. Do dłoni dorysowują ręce i póki co to tylko plątanina dłoni. I chociaż widać, że Polacy pracują kolektywnie, tworząc spójne dzieło, to czas leci a ściana Szkotów zaczyna się zapełniać. Nad twarzami malowanych postaci (już podpisanych jako Swanski i Sepe) pojawia się droga do Wódkowego Mordoru. Napis w centrum powoli staje się czytelny „Wars of Wodka” i już każdy wie jaką taktykę disu obrali Szkoci. Co więcej, trzeci motyw to postać w dziwnym, Ala krakowskim kapeluszu, na jeszcze dziwniejszym pojeździe, pędząca w kierunku krainy wódki, postać z zacnym pakunkiem, Szkocką whisky. Tymczasem u Polaków pojawiają się pierwsze postaci i…w tym Momocie gaśnie światło.
Zegar stop, awaria świateł, (za którą oczywiście odpowiedzialny był PZPN) nie przeszkodziła w świetnej zabawie, może jeszcze gorętszej, bo ze światłem padła także klimatyzacja. Z widowni dobiegają okrzyki, zagrzewające, prawie obiektywnie, do walki. Wszyscy w napięciu oczekują na wznowienie walki, jeszcze chwila i jest. Wraca iluminacja a z nią pojedynek, który po pół godziny zaczyna nabierać rumieńców.


Rusza czas, Szkocka ściana jest już mocno wyeksploatowana, Polacy tworzą kunsztowny zarys trzech postaci. Skrajna postać, tworzona przez Swanskiego, to odziany w kamizelkę i kilt Szkot z drewnianym mieczykiem. Braveheart unosi się w powietrzu, ale przed nami jeszcze długa droga. Środkowa postać Sepeusza to grubawy, brodaty Szkot z tradycyjną czapką, którego mina mówi jedno, ale tego słowa mówić nie wypada. Postać Mrufiga jeszcze w głębokich powijakach, już widzimy, że jedną ręką sięga w stronę załamanego Szkota Sepeusza. Polacy doskonale przygotowali się do walki, grupowa praca, wykonywana jest według planu, a przynajmniej na to wskazuje jej przemyślany charakter. Szybki rzut oka na Szkocką stronę, tam prace mają się już ku końcowi. Trzy motywy zaczynają się łączyć. Szalony Szkot wiezie na ratunek skrzynkę Szkockiego dobrodziejstwa, napis coraz bardziej wycyzelowany przerywa narracje, która wraca wraz z trójką karykaturalnych postaci, uciekających z Wódczanej krainy. Sami Szkoci świetnie się przy tej pracy bawią, co raz kosztując gorzkiego specjału. Walka wkracza w ostateczną fazę - do końca nie całe pół godziny.


Polacy (wciąż nieśpieszni) zarysowali już trzy postaci. Swanski kończy swojego brodatego rycerza, który jedną ręką trzyma drewniany mieczyk, drugą kilt środkowego grubaska. Postać Sepeusza jest już dopieszczona i coraz bardziej przerażona. Dzielnie działa Mrufig, walcząc z mazakiem, który chyba nie chce współpracować. Ale to już końcowa faza. Swanski dorysowuje swojej postaci głowę, pół trupa-pół kobzę. W międzyczasie nad Szkocką krainą pojawiają się Cerkwie, co było dla mnie strzałem w dziesiątkę. Doskonały dis i żart, że „Polska to gdzieś w Rosji” przeważały szale zwycięstwa na stronę Szkotów. I tu następuje zwrot. Sepe szybkim ruchem dorysowuje swojej postaci to, co każdy Szkot pod kiltem nosić winien, ale w takich rozmiarach, jakich Szkot (i nie tylko) musi się wstydzić. I zrozumiała jest już zblazowana mina centralnej postaci. Czysty, polski rysunek ( markery mocno rozmazywały się po powierzchni ściany) jest już na wykończeniu. Mrufig kończy swoją postać, nawiązującą do, nazwijmy to, fallicznych motywów Sepeusza, dodając jeszcze czarną eLkę na korpusie swojej postaci. To musiało zaboleć kibiców Celticu i Rangers. Szkoci kontrują jeszcze szybkim napisem „size isn’t everything”, ale czas dobiega już końca. Czas na werdykt.
Sędziowie przechadzają się po scenie, pytając o szczegóły, notując. Pierwszy głos należy do sędziego, drugi do publiki, trzeci to znów sędzia. Krótka narada. „Jesteśmy w Warszawie, ale wojna jest brudna i brutalna. Głos na Glasgow” i nie ma co się dziwić, bo praca Szkotów była mocniej osadzona w freestylowym disie, kontrowali to co działo się na polskiej ścianie w swoich rysunkach. Czas na decybelomierz. To komentarza nie wymaga, choć Szkoci wspierani polskimi brawami też nabili na liczniku sporo decybeli, głos dla Polski. Czas na drugiego sędziego. Szybki strzał i Warszawa wygrywa. Wielki wiwat!


Gender znów zwyciężył ze sztuką społecznie zaangażowaną. Temat płci jest niezwykle aktualny we współczesnej sztuce. Powinienem zakończyć jako przykładny pisarczyk. Wolę jednak powiedzieć, że dawno nie widziałem już sztuki, która wywołałaby tyle emocji, zdrowych odruchów. Świetna impreza, która z każdym spotkaniem, a czekają nas jeszcze co najmniej dwa, przyniesie zapewne coraz więcej emocji i przyciągnie jeszcze większe tłumy. Jeśli street art ma stać się w Polsce popularny , to sekretne wojny na flamastry mogą stać się ku temu furtką.

Saturday, 27 March 2010

Czarna skrzynka, czyli sztuka po katastrofie.




Czarna skrzynka, to z reguły bohater tych najgorszych wiadomości w mediach. To ona staje się jedynym świadectwem katastrof lotniczych, to w niej poszukujemy prawdy o konkretnym wydarzeniu. Czarna skrzynka to wreszcie paradoksalny przedmiot, nie tylko dlatego z tego powodu, że mimo czerni w nazwie jest pomarańczowa, ale przede wszystkim dlatego, że chociaż ma nam dostarczać informacji, często ukrywa, zaciera je w szumach, trzaskach. Ten przydługawy wstęp nie jest oczywiście popisem mojej wątpliwej wiedzy z zakresu inżynierii lotnictwa. W ubiegłym tygodniu miał miejsce wernisaż wystawy Bianki Rolando ”Czarna Skrzynka”. Czym dla Bianki jest to tajemnicze urządzenie?
Wystawa artystki w Galerii Foksal to, z racji warunków lokalowych, kameralna prezentacja. Wchodząc na wystawę miałem wrażenie, że wchodzę do tytułowej czarnej skrzynki (tym razem idealnej, obowiązkowo czarnej skrzynki). Oddzielona kotarą od pozostałych, sala z lightboxami Bianki sama w sobie tworzy magiczną atmosferę ciemni, w której jedynymi jasnymi punktami są podświetlane prace.
Lightboxy w pierwszym spojrzeniu wprawiają w zakłopotanie. Sprawiają wrażenie popsutych, popękanych. Zaraz potem dostrzegamy wielowarstwową konstrukcje obrazu. Zdjęcia, na których umieszczone są napisy, które znów przysłonięte są tu i ówdzie czarnymi plamami. Wszystko pokryte jest spękaniami. Lightboxy wyglądają jak zatarte, zaniedbane obrazy, które spadły z wysokości, potłukły się, popękały. Najgłębszą warstwę stanowią zdjęcia, rozmyte, prawie nieczytelne, pozostawiające tylko zarys tego co przedstawiały. Gdzieś, bardziej na zasadzie skojarzeń, przewija się motyw miasta a raczej ulicznego widoku. Na fotografiach nadpisane są teksty, o ile to możliwe, jeszcze bardziej nieczytelne. Już od autorki dowiedziałem się, że to fragmenty jej wierszy i prozy. Najdziwniejszą chyba warstwą są czarne plamy, przypominające rozlany tusz, zamazane płaszczyzny lightboxa. Zupełnie niespodziewanie zalewają fragmenty tekstów i obrazu, często w miejscach, których bylibyśmy bardzo ciekawi. Gdzieś zanika tekst, gubi się kompozycja zdjęcia, pozostają fragmenty. Czarne plamy kontrastują silnie ze światłem, które naświetla nam pewne elementy. Artystka perfekcyjnie gra światłem i cieniem, stawiając lampę to pod napisem, fragmentem zdjęcia lub …czarną plamą. To najdobitniej pokazuje działanie jej czarnej skrzynki, punktującej pojedyncze fragmenty całej narracji. Lightboxy wyglądają jak zatarte, zaniedbane obrazy, które spadły z wysokości, potłukły się, popękały.
Czarna skrzynka (jak lightbox) ukazuje nam fragmenty, by ukryć ich dalszy ciąg. Powoduje że całość staje się nieczytelna. Prace Bianki Rolando mówią nam o tej nieczytelności, nieprecyzyjności w obrębie dwóch języków. Jednym z nich jest ten, w którym przedstawiane są dzieła plastyczne. Rozmazany nieprecyzyjny, obnażający nie możność pełnej komunikacji z widzem za pomocą dzieł plastycznych. Drugi język odnosi się do języka mówionego , czy ściślej pisanego. Bianka, poza twórczością plastyczną, jest obiecującą pisarką i wystawa silnie odwołuje się do drugiej muzy, którą łapie artystka. Nasz język zdecydowanie nie jest metakomunikacyjny. Nie da się na ten konwencjonalny środek przełożyć wielu bodźców „nie do powiedzenia”, smaków uczuć, abstrakcyjnych refleksji. W obliczu tych, język staje się rozmyty, zatarty jak ten w czarnej skrzynce Bianki Roland.
Czarną skrzynką interesujemy się już po katastrofie. Czy dla tych samych powodów zainteresowała się nią artystka? Według mnie praca ta pokazuje to, co z języka sztuki pozostało po jej głośnych katastrofach. Ile z jej języka możemy odczytać, ile zabrać a ile pozostanie dla nas tajemnicą. Znajdujemy się w sytuacji, w której ciężko o porozumienie, bo każdy sposób jest zawodny. Bianka nie zadaje pytania, nie daje odpowiedzi. Bianka pozostawia nas w sytuacji, w której sami chcemy o te pozostałości pytać. Żeby te pytania zadać, trzeba najpierw wybrać się na ulicę Foksal, do czego zachęcam.

Tuesday, 23 March 2010

"Nie tam" w Galerii Leto.

„Fakty nie istnieją, istnieją tylko interpretacje” aforyzm z cyklu „licealna filozofia” jest chyba trafnym wprowadzeniem do wystawy „Nie tam”. Prezentacja prac Honzy Zamojskiego i Miksa Mitrevicsa w Galerii Leto bierze za rogi temat dokumentacji, interpretacji, tego co z przeszłości zostaje przemycone do teraźniejszości. Wystawa to dwie opowieści o dwóch pamięciach i ich dokumentowaniu. O co dokładnie pytają i o czym mówią artyści?
Wchodząc do galerii słyszymy równomierny takt przerzucanych slajdów. To pierwsze „super” tej wystawy, bo rzadko zdarza nam się oglądać tak prezentowane, analogowe fotografie. Cyfrowa jakość gubi gdzieś kolory, które oddaje slajd, poza tym taki rzutnik to dla wielu wycieczka w przeszłość sama w sobie. Dla mnie rodzinne oglądanie zdjęć na ścianie było cotygodniowym rytuałem do czasu kiedy, w akcie sprzeciwu, nie rozniosłem pluszowym misiem rzutnika. Stworzona na potrzeby wystawy ściana zasłania drzwi do siedziby sztabu generalnego galerii. Na ścianie zostały powieszone dwa drewniane ekrany, na których wyświetlane są slajdy. Faktura desek i ich kolor powoduje, że slajdy nabierają lekko archaicznego charakteru, jakby wyjęte z klasera babci . Jeden z rzutników prezentuje osiemdziesiąt jeden fotografii z podróży babci Honzy Zamojskiego na Bliski Wschód i do Indii. Równolegle na drugim ekranie wyświetlane są fragmenty dziennika pokładowego matki chrzestnej statku o wdzięcznej nazwie „Konin” prowadzonego w trakcie tych podróży. „Nieartystyczne” fotografie dokumentują to, co wydarzyło się w trakcie podróży. Napisy z początku mogą wydawać się tekstem dodanym do fotografii. Dopiero po chwili zauważamy, że nie ma żadnej relacji pomiędzy fotografiami a cytatami. To nie dokument i jego interpretacja, a jeśli interpretacja to za każdym razem inna, stawiająca obraz każdorazowo w innej sytuacji. Czy te fotografie dokument i czy dokument to nie interpretacja? Zdjęcia są wybranym , fragmentarycznym zapisem rzeczywistości, mniej lub bardziej kontrolowanym, w zależności od chęci i umiejętności świadomy wybór, tego co chcemy fotografować i tego co uważamy za nieistotne, nie fotografowane, ta selekcja jest chyba najbardziej subiektywną interpretacją rzeczywistości. Honza zderza tu pozorną dokumentację z pozorną interpretacją. Obie niepewne, wieloznaczne.
Miks Mitrevics zaprezentował na wystawie swoją prace „Forgotten Moments” Kilkadziesiąt fotografii przypominających te wykonywane Polaroidami. Wszystkie zdjęcia są lekko wyblakłe, spowite mgiełką. Czasem precyzyjnie zakomponowane i wykadrowane, czasem jakby przypadkowe, strzelane z biodra , porozklejane są po ścianie w porządku od świtu do nocy. Nie jest to jednak jeden dzień a trzy miesiące świtów, dni , nocy. Klatki z tytułowymi momentami uchwycone przez Mitrevicsa podwiewane przez wentylator powodują że chwile wydają się być jeszcze bardziej ulotne. Wygląda to trochę jak niesforne fotografie, które wypadają z klasera. Chcąc nie chcąc podnosimy je i w jednym momencie przypominamy sobie fragment naszej własnej historii . Fotografie układają się w różne zbiory, czasem kilka zlepionych jest w jednym ciągu, czasem to tylko pojedyncze mignięcia. We wspomnienia wkrada się niepamięć, biała ściana, która oddziela fotografie, momenty, których nie jesteśmy już w stanie sobie przypomnieć, momenty których nie zarejestrowaliśmy. Łotewski artysta w bardzo ciekawej formie przedstawia mechanizmy pamięci i tego jak archiwum naszego umysłu jest wykorzystywane. Przypadkowe nie jest to co zapamiętaliśmy a to co staramy sobie przypomnieć.
Wystawa kreśli nam dwie wizje pamięci. Zbiorową, która zostaje nam przekazana. Rodzinny klaser, który odziedziczyliśmy po przodkach wraz z ich wspomnieniami, zasłyszanymi historiami. Druga pamięć to już nasz własny klaser, lekko wyblakły, niepełny. Fotografia dała nam możliwość zatrzymywania wybranych momentów z przeszłości. Czy jednak nie jest to kolejne archiwum zapominania? Miejsce, w które wrzucamy wspomnienia po to by zwolnić się z obowiązku zapamiętania ich. Wreszcie, czy zapamiętanie jednych i wyparcie drugich fragmentów nie jest interpretacją organiczną, bez której nie jesteśmy wstanie pojmować świata? Te pytania nasuwają się po zobaczeniu wystawy „Nie tam”. Bardzo ciekawa forma dzieł sprawia, że wystawa nie jest tylko suchą, wyliczoną dywagacją a przyjemnością patrzenia, która pobudza do refleksji.

Saturday, 20 March 2010

Emigrant w fotografii czyli Krzysztof Zieliński w galerii Starter

„Stereo” i „Starter” mylą mi się. Nie wiem czy to zbieg okoliczności, czy dowcip, który ma utrudnić życie młodym, nietutejszym adeptom sztuki, ale nazwy dwóch poznańskich galerii stworzone zostały chyba po to by je przejęzyczać. Dokładnie poinstruowany („Starter, to w bramie z szyldem masaż erotyczny”), z bagażem wrażeń z wystawy Piotra Żylińskiego, wymaszerowałem na wernisaż „Wszystko w porządku” Krzysztofa Zielińskiego. Odnalazłem szyld, bramę secesyjnej kamienicy, plakat z wielkim „Z” i po starych drewnianych schodach do galerii.
Wystawa to trzy fragmenty cyklu „Briesen”, który przez czternaście lat tworzył Krzysztof Zieliński. „Briesen”, co po Polsku oznacza Wąbrzeźna - miejscowość, z której pochodzi artysta. Dwa cykle wyprowadzone są i z powrotem zbiegają się na zdjęciach z trzeciego cyklu „Wszystko w porządku?”. Zaprojektowana w kształt litery V ścianka wskazuje dwie drogi.
Dziewięć czarno-białych fotografii z Seri „ Widoki Duselldorfu” to spojrzenie na wieżowiec w Berlinie . Wykonane z pewnej odległości, jakby przyczajone, potajemnie obserwujące budynek fotografie różni tylko rozświetlenie kadru. Geometryzująca fotografia wygląda z jednej strony jak smutna, zwielokrotniona ilustracja kolejnego cudu architektury użytkowej, z drugiej jest w niej piękno ascetycznej kompozycji, monotonnych prostopadłych i równoległych linii . Dołączony do wystawy tekst Mariki Zamojskiej porównuje pracę do fotografii Bernda i Hilly Becherów. Rzeczywiście praca jest jak ukłon, kontynuacja pracy nestorów fotografii z Duseldorfu. „Widoki Duselldorfu” jest jednak znacznie bardziej nostalgiczny. Nie odnajdziemy tu siły dokumentowanej architektury obdartej z tła, suchej. Tutaj wyczuwany jest dystans, strach przed zbliżeniem się do szklanego molocha.


Druga burta wystawy to cztery ujęcia twarzy autora. Wykonane jakby z zaskoczenia fotografie, sprawiają wrażenie przypadkowych. Zasmucona twarz zapełnia cały kadr, momentami wydostając się poza jego ramy. Postać unika kontaktu wzrokowego, a jeśli już spogląda, to raczej w dal, niż w naszym kierunku. Opresyjna sytuacja , w której znajduje się podmiot, przyjmowana jest obojętnie. Nie ma ucieczki przed obiektywem, tak jak nie ma ucieczki przed zmierzeniem się z sytuacją emigranta kiedy pojęcie ja ” Ja” staje się „Ich”. Kontekst autobiograficzny jest jakby nie pewnie dopowiedziany. Nie pojawia się bezpośrednio, jest dla mnie słabo czytelny. Pytanie czy Ja to Ich, czy słowa są tożsame, wydaje mi się być równie wątpliwe. Nie wiem, czy chodzi o akceptację sytuacji emigranta, który musi przystosować się, zacząć myśleć w nowym języku. A może pojęcia Ich i Ja dla artysty niosą zupełnie inne znaczenia, inne skojarzenia, choć pozornie oznaczają to samo?


Wystawę spina wspomniane V, ściana, na której rozłożone są fotografie z pracy ”Wszystko w porządku”. Najstarszy cykl łączy, a raczej zderza, dwa wątki z autobiograficznej opowieści artysty. To co zewnętrzne i to co wewnętrzne łączy się w 12 zdjęciach. Emigrant konfrontuje się z zastanym miejscem. Zwłaszcza że nie są to przyjemne, reprezentacyjne miejsca, reklamowane jako atrakcje turystyczne. Podziemia, wejścia do metra, puste, zimne, raczej odstraszające niż czekające na przechodnia. Właśnie w takich miejscach szukamy swojego „Briesen”- miejsca do którego wracamy we wspomnieniach.


Wychodzę i chociaż nazwy Stereo i Starter dalej „przejęzyczają mi się”, ale już nie mylą. Ciężko jest pisać o wystawie, która przedstawia tak osobistą sytuację. Jeszcze trudniej analizować wystawę, która zamyka się w trzech elementach większego cyklu. Mnie ta prezentacja przygnębiła, czyli sztuka zadziała. Gdzieś z tyłu głowy pozostaje jednak pytanie, na ile ten odbiór kreowany jest nie przez samego artystę, ale kuratorów, którzy opisują prace, napędzają interpretację.

Tuesday, 9 March 2010

Sztuka wystawiania

Najbardziej rozłożone w czasie i przestrzeni przedsięwzięcie z dotychczasowych wystaw cyklu Ideozy rozpoczęła się muralem Darka Paczkowskiego, o którym rozpisywałem się już wcześniej.
Tym razem studenci zaskoczyli nie tylko rozmachem, ale i pomysłem na wystawę. Od początku zastanawiał mnie tytuł- „To miejsce nigdy nie będzie należeć do mnie”- Instytut Awangardy pewnie nie będzie, w końcu lokale w centrum to grubsza inwestycja. Odwołanie do wykładu profesora Turowskiego na którym bazują studenci ujawnił się dopiero po przekroczeniu progu galerii.




„Kultura spektaklu nie zna wydalania”, cytując za profesorem, to dobry przyczynek do analizy pracy Moniki Sosnowskiej, głównego punktu wystawy zorganizowanej w Instytucie Awangardy. Wchodząc do szklanej Sali Atelier właściwie nie wiemy, co się dzieje. Puste ściany, za oknem trochę śmieci, słowem- pustka. Dopiero po chwili poczułem, że coś tu nie gra i to coś jest pod moimi stopami, a właściwie jeszcze głębiej. Przyjemna, wygłuszająca wnętrze wykładzina wyłożona na podłodze coś pod sobą skrywała. Niepewnie stawiane kroki zdają się wprowadzać ogólne zainteresowanie i konsternacje. Tylko dotykiem możemy ocenić co skrywa szary dywan. Śmieci, chociaż nazwane i określone, nie zostają rozpoznane. Wiemy, że kroczymy po czymś zużytym niepotrzebnym, domyślamy się- to plastiki, to puszka.
Śmieci to niechciany i konieczny produkt naszej cywilizacji- staramy się go schować, zamieść pod dywan. W pewnym momencie śmieci zaczynają tworzyć swój własny grunt dla naszej rzeczywistości. Chociaż ich nie widzimy, a przynajmniej widzieć nie chcemy, zdają się sytuować nasze spojrzenie na świat. Na zgromadzonych ten pomysł wywarł silne i bardzo pozytywne wrażenie. Sam w sobie prosty, ale bardzo trafiony. I tym razem jednak zastanawiała mnie hermetyczność przedsięwzięcia. Nie wiem, ile rozumiałbym i na ile przemawiałaby do mnie praca Moniki Sosnowskiej gdyby nie intelektualny podkład serwowany na wykładzie i konwersatorium profesora Andrzeja Turowskiego.
Kolejną pracą, zupełnie niewidoczną, bo znajdującą się za plecami potencjalnego wchodzącego jest film „Superman” Jana Brzuszka. Romskie dziecko samotne wśród tłumu przechodniów- nieco ckliwa ilustracja kolejnego „śmiecia” społeczeństwa, jakim jest bezdomny, osoba zepchnięta do śmietnika społeczeństwa. Nie zużyta, nie przeterminowana, nie wadliwa, a mimo to z góry skazana na alienacje. Film wyświetlany jest za szybą, co wzmacnia poczucie separacji- nie możemy wejść w relacje z bohaterem, dzieli nas niewidoczna ściana (która dodatkowo sprawia, że film jest słabo widoczny). Choć film do tematu wpasowuje się bez pudła, każe nam ponownie przeanalizować słowo „śmieć”, to jako dzieło samo w sobie nie przemawia do mnie. Niby reporterskie spojrzenie, ale dziecko, samotność, ulica to trochę jak polskie dramaty, które zamiast poruszać drażnią powielaniem tej samej kanwy.
Wystawa nie zaczyna i nie kończy się w murach Instytutu Awangardy. W ramach projektu zorganizowano pokazy filmu Wei Liu ‘Hopeless Land’. Wyświetlany już niebawem po północy na stacjach Warszawskiego metra obraz jest historią chłopców z przedmieść Pekinu, zarabiających tak niewiele, że żyć mogą jedynie na śmietniku, istniejących i nie istniejących, jak śmieci.
Kolejną niespodzianką będą tworzone przez Grupę Tworzywo gry słowne, w formie vlepek, szablonów, które można będzie upolować w przestrzeni miejskiej. Czekamy też na mural Zbioka, który ma się pojawić już pod koniec marca na squacie Elba.
Współpraca kuratorów z artystami przy wystawie ”To miejsce nigdy nie będzie należeć do mnie” pokazuje, że samo wystawiennictwo jest sztuką. Nie trzeba utrzymywać wzroku na stałej wysokości wiszących obrazów, żeby zobaczyć, a raczej uczestniczyć i poczuć dobrą wystawę. Nie trzeba artystycznych rarytasów, wielkich nazwisk, żeby wystawa zapadała w pamięć, tworząc spójną i czytelną narracje. Nie potrafię odbierać tej wystawy inaczej niż z perspektywy wcześniejszych rozważań profesora Turowskiego, widzę wielowarstwową narracje, transpozycje wykładu układanki. Zastanawia mnie jednak, czy bez tego zastrzyku wiedzy wystawa nie byłaby tylko pustą salą ze stertą śmieci pod dywanem.

Monday, 1 March 2010

Anty konsumpcyjne graffiti czyli Ideozy w plenerze

Z wiosną cykl wystaw Ideozy wychodzi w plener. Rozwijające się z każdą kolejną wystawą przedsięwzięcie kuratorskie pod patronatem prof. Andrzeja Turowskiego zawitało na ulice Warszawy. Tym razem artystyczna gratka była przednia- graffiti na bilbordzie, tworzone przez Dariusza Paczkowskiego przy ulicy Chałubińskiego. Z drugiej strony „Anty konsumpcyjne graffiti”, bo taki tytuł nosiła cała akcja, nastawiało mnie nieco podejrzliwie do przedsięwzięcia. Ale postanowiłem wsadzić swój konsumpcyjny nos w całą sprawę i wybrać się na popołudniowy spacer.
Na miejscu zastałem już kończącego prace Dariusza Paczkowskigo, profesora Turowskiego i jednego z trzech kuratorów Maćka Kusia. Wydarzenie tłumów nie zgromadziło, no bo jak… graffiti? Cóż, prawo ulicy. Profesor tłumaczył całą ideę i złożoność projektu zainteresowanym osobom, a brygadier grupy 3fala schodził z drabiny by pokazać dokończone już graffiti.


Praca bardzo przypomina szablon, postać- konsumpcyjny Syzyf pcha swój wózek wyżej i wyżej, widać, że nie jest mu lekko, zapiera się całym geometrycznym ciałem żeby dopchać go do krawędzi, której przekroczyć i tak się nie da- do ściany supermarketu. A za ścianą i przepaścią napis „Chcieć mieć więcej” jakby wyjęte z piosenki Kazika Staszewskiego Inwazja Waranów. „Chcieć mieć więcej i chcieć jeść więcej Pieniądze na życie, czy życie dla pieniędzy” śpiewał pierwszy wśród zbuntowanych. I takie też moje pierwsze skojarzenia, post-punkowo naiwne w swoim byciu ANTY dzieło, zwłaszcza, że dzieło zawisło na bilbordzie udostępnionym przez firmę Stroer (monopolistę w bilbordowym interesie na terenie Warszawy).



Ale hola hola, trzeba było zamiany kilku słów z autorem dzieła i Maćkiem by zrozumieć całą świadomość, z jaką zostało wykonane dzieło. Warto tu odwołać się do często przytaczanej przez profesora Turowskiego koncepcji świata jako supermarketu. My jesteśmy wiecznymi konsumentami, których zachowanie wobec supermarketu może być różne, ale zawsze będzie to zachowanie w supermarkecie. Bilbord nie tylko treścią ujawnia tą relację. Cały bunt, bycie anty ma miejsce z przyzwolenia rynku. Firma musi wypożyczyć miejsce(tym razem non-profitowo) by ktoś mógł pokazać swoją niechęć do takiego bardzo konsumpcyjnego świata. Dzieło Darka Paczkowskiego to bunt w supermarkecie- Syzyf nigdy nie wydostanie się z Tesco Hadesu. Może i chce wypchnąć stamtąd swój wózek, ale my możemy widzieć jego starania tylko dzięki „łaskawości” firmy, która tę konsumpcję napędza. Artysta i kurator wiedzą, że systemu nie podważą, ale w metaforyczny sposób stosunkują się do sytuacji, w której każdy z nas chcąc nie chcąc się znajduje.


Bardzo cieszę się, że Ideozy nabierają takiego rozpędu. Gratulacje dla kuratorów Maćka Kusia, Marii Franeckiej i Agnieszki Kleczyk za taką organizację i dla artysty, który przyjechał na wydarzenie specjalnie z Żywca . Miło zobaczyć graffiti w centrum i chyba dobrze, że nie mam prawa jazdy bo samochód pewno zaparkowałbym na ścianie w pobliżu dzieła- jest co oglądać! Więc przejeżdżając ulicą Chałubińskiego rozglądać się w poszukiwaniu „graffiti Anty konsumpcyjnym”, a na dniach relacja z dania głównego czyli czwartej wystawy w Instytucie Awangardy.

Sunday, 28 February 2010

Lokal na 3, wystawa Kamena Stoyanova

„W swoich pracach Kamen Stoyanov bada stosunki pomiędzy praktykami artystycznymi i pozaartystycznymi” -mówi nam krótki wstępniak do wystawy. Brzmi bardzo zachęcająco.W końcu problemy integralności sztuk pięknych, czy ich wchłaniania przez kulturę wizualną, stoją od jakiegoś czasu na świeczniku artystycznych i historyczno-artystycznych, żeby nie powiedzieć sztucznych, dyskusji.
Zachęcony ulotką, znając z reguły interesujące prezentacje Lokalu 30 wchodzę odważnie do galerii. Pierwsza sala i słynny balkon z widokiem na centrum towarzyskiego życia Warszawy były na tyle zatłoczone, że zacząłem zwiedzanie od drugiej sali. Twórczość Bułgarskiego artysty pracującego w Wiedniu kojarzyłem z pracą i performance „Hello Lenin”, i nie powiem, że praca ta mnie zachwyciła, choć jej założenie było ciekawe.
W galerii zobaczyłem trzy prace artysty, dość niewiele i zarazem dość dużo jak na przestrzeń wystawienniczą galerii Lokal 30. Pierwszą pracą, na którą wpadłem (prawie dosłownie) był „Tiger Steps”, instalacja i cykl fotografii wykonane w 2007 roku. Historia ma mówić o tygrysie żyjącym w kawiarni w centrum handlowym w Sofii. O odizolowaniu zwierzęta, potraktowaniu go jako obiektu wystawienniczego. Tutaj znów pomysł zdecydowanie wyprzedził w atrakcyjności realizację. Nie widziałem wielkiej gry z problem granic sztuki i innych działań w tej pracy. Leżąca maskotka zabawnie podrygująca ogonem oraz zdjęcie przypominające te z wycieczki do zoo nie napędzały u mnie skojarzeń z tematyką ontologii współczesnej sztuki.
Trochę lepiej prezentowało się wideo „Utwór na krzesło”, które ilustrowało grę słynnego „perkusisty” z placu przy Warszawskim metrze Centrum. Tutaj nie zgodzę się z ulotką galerii. Ja koncertowi wykonywanemu na starym krześle przysłuchiwałem się kilkukrotnie. Myślałem: uliczny artysta, wirtuoz na bruku , który gra tak awangardowo, że nie jestem wstanie złapać logiki utworu. Po kilku przesłuchaniach doszedłem jednak do wniosku, że i sam „perkusista” nie bardzo ogarnia całość swojej kompozycji. Praca ilustruje samo performance artysty, występ, który jest i artystyczny, i rynkowy, ma produkować zysk przez działanie- nie wiem czy bardziej muzyczne czy teatralne. Jednak ciężko doszukać się tego w nagraniu Stoyanova, nie tyle reportażu, co samej rejestracji zdarzenia.
Ostatnią z prac, które zaprezentowano na piątkowym wernisażu był „Autoportret z fotografią”. Duży akrylowy odlew z ciała artysty, trzymający i jednocześnie w znacznej części przysłonięty fotografią. Fotografią, która jest właściwie pustym arkuszem papieru fotograficznego. Forma rzeźby jest atrakcyjna, realistyczna, surowa, bez zbędnych upiększeń. Obserwując ją z kilku stron obserwujemy dwa oblicza rzeźby, od płachty zza której wystaje czubek głowy, po postać, zidentyfikowaną osobę wykonującą czynność. Biała kartka, którą podtrzymuje tu odlew artysty, stała się dla mnie smutnym zakończeniem tej wystawy. I podejrzewam, że nie o niemoc artystyczną chodziło, ale ja po przeglądnięciu prezentacji trzech prac, wyniosłem właśnie takie wrażenie.
Powtarzając, trzy prace to niewiele i dużo, niewiele żeby zrozumieć twórczość Kamena Stoyanova, na tyle dużo żeby stwierdzić, że wystawa „Plaster me” nie jest najlepszą z prezentowanych w galerii Lokal 30. Wyniosłem z tego może nie najświeższą myśl, że ta wystawa to obraz „artysta po konceptualizmie”. Bardzo ważny problem, ciekawa myśl, ale sama wizualizacja jakby niepełna, nie do końca wytrzymująca ciężar treści. Wszystko to powoduje, że najczytelniejszym dziełem staje się ulotka prezentująca wystawę.