Monday, 29 March 2010

Sekretna wojna na flamastry.

Gdyby Richard Wagner żył dzisiaj i wychylał głowę znad fortepianu, pewnie wyobrażałby sobie dzieło totalne jako Secret Wars. Popkulturowe gesamtekunstwerk, a właściwie kulturewerk, łączy w sobie rywalizację sportową, muzykę i przede wszystkim olbrzymią dawkę sztuk plastycznych w zupełnie nie schematycznej, nie przystającej do wielkiejmisztuki konwencji.
Projekt Secret Wars powstał już kilka lat temu z inicjatywy grupy Monorex. Później inicjatywa przeszczepiona została na europejski grunt gdzie, sądząc po frekwencji, przyjęła się dobrze. Wstęp do opisu jednej z bitew Secret Wars przypomina bardziej streszczenie zasad Mistrzostw Świata w piłce nożnej, niż działań artystycznych. 16 drużyn, każda z innego miasta w Europie, podzielonych na cztery grupy, toczy w tychże walki. Każda drużyna walczy z każdą, tocząc po dwa pojedynki na swoim podwórku i w mieście przeciwnika. Drużyna to 6 zawodników, z których 3 gra, a raczej maluje, a trzech kolejnych to w danym meczu rezerwowi. Walka trwa 90 minut (kolejne futbolowe skojarzenie) (nawiasy zastępują przecinki ;)) a drużyny do dyspozycji mają dwie ściany, po jednej dla każdego teamu. Orężem są czarne markery, inna broń surowo zabroniona. Nad wszystkim czuwa dwóch niezależnych sędziów, do których należą dwa głosy, trzeci to.. (a jakże!) aklamacja.


Mistrz ceremoni w paru słowach przywitał publikę, która czekała i doczekać się nie mogła, bo start planowano na godzinę 21, a artyści na scenie pokazali się dopiero o 23. Dalej było już tylko lepiej. Zawodnicy wchodzą na scenę, zespół Glasgow i Warszawy w składzie Swanski, Sepeusz, Mrufig. Przywitanie drużyn, rolę proporca pełnił gorzki z nazwy napój wyskokowy. Ostatnie przypomnienie zasad, ”panowie, ta walka ma być czysta, żadnych ciosów poniżej pasa” i ruszyli.
W naszym obozie zaczął Sepeusz, dosyć spokojnie, namalował dwie dłonie. Swanski i Mrufig przygotowują oręż. Szkoci zaczęli z pełną pompą. Trzy autonomiczne pomysły, trzy narracje, każdy robi swoje. Po stronie gości szybko powstają pierwsze zarysy koncepcji. Wyłaniają się pierwsze postaci, a raczej karykaturalne twarze, na środku szkockiego pola pojawia się zaczątek napisu, jeszcze mocno abstrakcyjny. Tymczasem w Polskim obozie nadal spokój. Swanski i Mrufig zabierają się do roboty kontynuując dzieło Sepeusza. Do dłoni dorysowują ręce i póki co to tylko plątanina dłoni. I chociaż widać, że Polacy pracują kolektywnie, tworząc spójne dzieło, to czas leci a ściana Szkotów zaczyna się zapełniać. Nad twarzami malowanych postaci (już podpisanych jako Swanski i Sepe) pojawia się droga do Wódkowego Mordoru. Napis w centrum powoli staje się czytelny „Wars of Wodka” i już każdy wie jaką taktykę disu obrali Szkoci. Co więcej, trzeci motyw to postać w dziwnym, Ala krakowskim kapeluszu, na jeszcze dziwniejszym pojeździe, pędząca w kierunku krainy wódki, postać z zacnym pakunkiem, Szkocką whisky. Tymczasem u Polaków pojawiają się pierwsze postaci i…w tym Momocie gaśnie światło.
Zegar stop, awaria świateł, (za którą oczywiście odpowiedzialny był PZPN) nie przeszkodziła w świetnej zabawie, może jeszcze gorętszej, bo ze światłem padła także klimatyzacja. Z widowni dobiegają okrzyki, zagrzewające, prawie obiektywnie, do walki. Wszyscy w napięciu oczekują na wznowienie walki, jeszcze chwila i jest. Wraca iluminacja a z nią pojedynek, który po pół godziny zaczyna nabierać rumieńców.


Rusza czas, Szkocka ściana jest już mocno wyeksploatowana, Polacy tworzą kunsztowny zarys trzech postaci. Skrajna postać, tworzona przez Swanskiego, to odziany w kamizelkę i kilt Szkot z drewnianym mieczykiem. Braveheart unosi się w powietrzu, ale przed nami jeszcze długa droga. Środkowa postać Sepeusza to grubawy, brodaty Szkot z tradycyjną czapką, którego mina mówi jedno, ale tego słowa mówić nie wypada. Postać Mrufiga jeszcze w głębokich powijakach, już widzimy, że jedną ręką sięga w stronę załamanego Szkota Sepeusza. Polacy doskonale przygotowali się do walki, grupowa praca, wykonywana jest według planu, a przynajmniej na to wskazuje jej przemyślany charakter. Szybki rzut oka na Szkocką stronę, tam prace mają się już ku końcowi. Trzy motywy zaczynają się łączyć. Szalony Szkot wiezie na ratunek skrzynkę Szkockiego dobrodziejstwa, napis coraz bardziej wycyzelowany przerywa narracje, która wraca wraz z trójką karykaturalnych postaci, uciekających z Wódczanej krainy. Sami Szkoci świetnie się przy tej pracy bawią, co raz kosztując gorzkiego specjału. Walka wkracza w ostateczną fazę - do końca nie całe pół godziny.


Polacy (wciąż nieśpieszni) zarysowali już trzy postaci. Swanski kończy swojego brodatego rycerza, który jedną ręką trzyma drewniany mieczyk, drugą kilt środkowego grubaska. Postać Sepeusza jest już dopieszczona i coraz bardziej przerażona. Dzielnie działa Mrufig, walcząc z mazakiem, który chyba nie chce współpracować. Ale to już końcowa faza. Swanski dorysowuje swojej postaci głowę, pół trupa-pół kobzę. W międzyczasie nad Szkocką krainą pojawiają się Cerkwie, co było dla mnie strzałem w dziesiątkę. Doskonały dis i żart, że „Polska to gdzieś w Rosji” przeważały szale zwycięstwa na stronę Szkotów. I tu następuje zwrot. Sepe szybkim ruchem dorysowuje swojej postaci to, co każdy Szkot pod kiltem nosić winien, ale w takich rozmiarach, jakich Szkot (i nie tylko) musi się wstydzić. I zrozumiała jest już zblazowana mina centralnej postaci. Czysty, polski rysunek ( markery mocno rozmazywały się po powierzchni ściany) jest już na wykończeniu. Mrufig kończy swoją postać, nawiązującą do, nazwijmy to, fallicznych motywów Sepeusza, dodając jeszcze czarną eLkę na korpusie swojej postaci. To musiało zaboleć kibiców Celticu i Rangers. Szkoci kontrują jeszcze szybkim napisem „size isn’t everything”, ale czas dobiega już końca. Czas na werdykt.
Sędziowie przechadzają się po scenie, pytając o szczegóły, notując. Pierwszy głos należy do sędziego, drugi do publiki, trzeci to znów sędzia. Krótka narada. „Jesteśmy w Warszawie, ale wojna jest brudna i brutalna. Głos na Glasgow” i nie ma co się dziwić, bo praca Szkotów była mocniej osadzona w freestylowym disie, kontrowali to co działo się na polskiej ścianie w swoich rysunkach. Czas na decybelomierz. To komentarza nie wymaga, choć Szkoci wspierani polskimi brawami też nabili na liczniku sporo decybeli, głos dla Polski. Czas na drugiego sędziego. Szybki strzał i Warszawa wygrywa. Wielki wiwat!


Gender znów zwyciężył ze sztuką społecznie zaangażowaną. Temat płci jest niezwykle aktualny we współczesnej sztuce. Powinienem zakończyć jako przykładny pisarczyk. Wolę jednak powiedzieć, że dawno nie widziałem już sztuki, która wywołałaby tyle emocji, zdrowych odruchów. Świetna impreza, która z każdym spotkaniem, a czekają nas jeszcze co najmniej dwa, przyniesie zapewne coraz więcej emocji i przyciągnie jeszcze większe tłumy. Jeśli street art ma stać się w Polsce popularny , to sekretne wojny na flamastry mogą stać się ku temu furtką.

Saturday, 27 March 2010

Czarna skrzynka, czyli sztuka po katastrofie.




Czarna skrzynka, to z reguły bohater tych najgorszych wiadomości w mediach. To ona staje się jedynym świadectwem katastrof lotniczych, to w niej poszukujemy prawdy o konkretnym wydarzeniu. Czarna skrzynka to wreszcie paradoksalny przedmiot, nie tylko dlatego z tego powodu, że mimo czerni w nazwie jest pomarańczowa, ale przede wszystkim dlatego, że chociaż ma nam dostarczać informacji, często ukrywa, zaciera je w szumach, trzaskach. Ten przydługawy wstęp nie jest oczywiście popisem mojej wątpliwej wiedzy z zakresu inżynierii lotnictwa. W ubiegłym tygodniu miał miejsce wernisaż wystawy Bianki Rolando ”Czarna Skrzynka”. Czym dla Bianki jest to tajemnicze urządzenie?
Wystawa artystki w Galerii Foksal to, z racji warunków lokalowych, kameralna prezentacja. Wchodząc na wystawę miałem wrażenie, że wchodzę do tytułowej czarnej skrzynki (tym razem idealnej, obowiązkowo czarnej skrzynki). Oddzielona kotarą od pozostałych, sala z lightboxami Bianki sama w sobie tworzy magiczną atmosferę ciemni, w której jedynymi jasnymi punktami są podświetlane prace.
Lightboxy w pierwszym spojrzeniu wprawiają w zakłopotanie. Sprawiają wrażenie popsutych, popękanych. Zaraz potem dostrzegamy wielowarstwową konstrukcje obrazu. Zdjęcia, na których umieszczone są napisy, które znów przysłonięte są tu i ówdzie czarnymi plamami. Wszystko pokryte jest spękaniami. Lightboxy wyglądają jak zatarte, zaniedbane obrazy, które spadły z wysokości, potłukły się, popękały. Najgłębszą warstwę stanowią zdjęcia, rozmyte, prawie nieczytelne, pozostawiające tylko zarys tego co przedstawiały. Gdzieś, bardziej na zasadzie skojarzeń, przewija się motyw miasta a raczej ulicznego widoku. Na fotografiach nadpisane są teksty, o ile to możliwe, jeszcze bardziej nieczytelne. Już od autorki dowiedziałem się, że to fragmenty jej wierszy i prozy. Najdziwniejszą chyba warstwą są czarne plamy, przypominające rozlany tusz, zamazane płaszczyzny lightboxa. Zupełnie niespodziewanie zalewają fragmenty tekstów i obrazu, często w miejscach, których bylibyśmy bardzo ciekawi. Gdzieś zanika tekst, gubi się kompozycja zdjęcia, pozostają fragmenty. Czarne plamy kontrastują silnie ze światłem, które naświetla nam pewne elementy. Artystka perfekcyjnie gra światłem i cieniem, stawiając lampę to pod napisem, fragmentem zdjęcia lub …czarną plamą. To najdobitniej pokazuje działanie jej czarnej skrzynki, punktującej pojedyncze fragmenty całej narracji. Lightboxy wyglądają jak zatarte, zaniedbane obrazy, które spadły z wysokości, potłukły się, popękały.
Czarna skrzynka (jak lightbox) ukazuje nam fragmenty, by ukryć ich dalszy ciąg. Powoduje że całość staje się nieczytelna. Prace Bianki Rolando mówią nam o tej nieczytelności, nieprecyzyjności w obrębie dwóch języków. Jednym z nich jest ten, w którym przedstawiane są dzieła plastyczne. Rozmazany nieprecyzyjny, obnażający nie możność pełnej komunikacji z widzem za pomocą dzieł plastycznych. Drugi język odnosi się do języka mówionego , czy ściślej pisanego. Bianka, poza twórczością plastyczną, jest obiecującą pisarką i wystawa silnie odwołuje się do drugiej muzy, którą łapie artystka. Nasz język zdecydowanie nie jest metakomunikacyjny. Nie da się na ten konwencjonalny środek przełożyć wielu bodźców „nie do powiedzenia”, smaków uczuć, abstrakcyjnych refleksji. W obliczu tych, język staje się rozmyty, zatarty jak ten w czarnej skrzynce Bianki Roland.
Czarną skrzynką interesujemy się już po katastrofie. Czy dla tych samych powodów zainteresowała się nią artystka? Według mnie praca ta pokazuje to, co z języka sztuki pozostało po jej głośnych katastrofach. Ile z jej języka możemy odczytać, ile zabrać a ile pozostanie dla nas tajemnicą. Znajdujemy się w sytuacji, w której ciężko o porozumienie, bo każdy sposób jest zawodny. Bianka nie zadaje pytania, nie daje odpowiedzi. Bianka pozostawia nas w sytuacji, w której sami chcemy o te pozostałości pytać. Żeby te pytania zadać, trzeba najpierw wybrać się na ulicę Foksal, do czego zachęcam.

Tuesday, 23 March 2010

"Nie tam" w Galerii Leto.

„Fakty nie istnieją, istnieją tylko interpretacje” aforyzm z cyklu „licealna filozofia” jest chyba trafnym wprowadzeniem do wystawy „Nie tam”. Prezentacja prac Honzy Zamojskiego i Miksa Mitrevicsa w Galerii Leto bierze za rogi temat dokumentacji, interpretacji, tego co z przeszłości zostaje przemycone do teraźniejszości. Wystawa to dwie opowieści o dwóch pamięciach i ich dokumentowaniu. O co dokładnie pytają i o czym mówią artyści?
Wchodząc do galerii słyszymy równomierny takt przerzucanych slajdów. To pierwsze „super” tej wystawy, bo rzadko zdarza nam się oglądać tak prezentowane, analogowe fotografie. Cyfrowa jakość gubi gdzieś kolory, które oddaje slajd, poza tym taki rzutnik to dla wielu wycieczka w przeszłość sama w sobie. Dla mnie rodzinne oglądanie zdjęć na ścianie było cotygodniowym rytuałem do czasu kiedy, w akcie sprzeciwu, nie rozniosłem pluszowym misiem rzutnika. Stworzona na potrzeby wystawy ściana zasłania drzwi do siedziby sztabu generalnego galerii. Na ścianie zostały powieszone dwa drewniane ekrany, na których wyświetlane są slajdy. Faktura desek i ich kolor powoduje, że slajdy nabierają lekko archaicznego charakteru, jakby wyjęte z klasera babci . Jeden z rzutników prezentuje osiemdziesiąt jeden fotografii z podróży babci Honzy Zamojskiego na Bliski Wschód i do Indii. Równolegle na drugim ekranie wyświetlane są fragmenty dziennika pokładowego matki chrzestnej statku o wdzięcznej nazwie „Konin” prowadzonego w trakcie tych podróży. „Nieartystyczne” fotografie dokumentują to, co wydarzyło się w trakcie podróży. Napisy z początku mogą wydawać się tekstem dodanym do fotografii. Dopiero po chwili zauważamy, że nie ma żadnej relacji pomiędzy fotografiami a cytatami. To nie dokument i jego interpretacja, a jeśli interpretacja to za każdym razem inna, stawiająca obraz każdorazowo w innej sytuacji. Czy te fotografie dokument i czy dokument to nie interpretacja? Zdjęcia są wybranym , fragmentarycznym zapisem rzeczywistości, mniej lub bardziej kontrolowanym, w zależności od chęci i umiejętności świadomy wybór, tego co chcemy fotografować i tego co uważamy za nieistotne, nie fotografowane, ta selekcja jest chyba najbardziej subiektywną interpretacją rzeczywistości. Honza zderza tu pozorną dokumentację z pozorną interpretacją. Obie niepewne, wieloznaczne.
Miks Mitrevics zaprezentował na wystawie swoją prace „Forgotten Moments” Kilkadziesiąt fotografii przypominających te wykonywane Polaroidami. Wszystkie zdjęcia są lekko wyblakłe, spowite mgiełką. Czasem precyzyjnie zakomponowane i wykadrowane, czasem jakby przypadkowe, strzelane z biodra , porozklejane są po ścianie w porządku od świtu do nocy. Nie jest to jednak jeden dzień a trzy miesiące świtów, dni , nocy. Klatki z tytułowymi momentami uchwycone przez Mitrevicsa podwiewane przez wentylator powodują że chwile wydają się być jeszcze bardziej ulotne. Wygląda to trochę jak niesforne fotografie, które wypadają z klasera. Chcąc nie chcąc podnosimy je i w jednym momencie przypominamy sobie fragment naszej własnej historii . Fotografie układają się w różne zbiory, czasem kilka zlepionych jest w jednym ciągu, czasem to tylko pojedyncze mignięcia. We wspomnienia wkrada się niepamięć, biała ściana, która oddziela fotografie, momenty, których nie jesteśmy już w stanie sobie przypomnieć, momenty których nie zarejestrowaliśmy. Łotewski artysta w bardzo ciekawej formie przedstawia mechanizmy pamięci i tego jak archiwum naszego umysłu jest wykorzystywane. Przypadkowe nie jest to co zapamiętaliśmy a to co staramy sobie przypomnieć.
Wystawa kreśli nam dwie wizje pamięci. Zbiorową, która zostaje nam przekazana. Rodzinny klaser, który odziedziczyliśmy po przodkach wraz z ich wspomnieniami, zasłyszanymi historiami. Druga pamięć to już nasz własny klaser, lekko wyblakły, niepełny. Fotografia dała nam możliwość zatrzymywania wybranych momentów z przeszłości. Czy jednak nie jest to kolejne archiwum zapominania? Miejsce, w które wrzucamy wspomnienia po to by zwolnić się z obowiązku zapamiętania ich. Wreszcie, czy zapamiętanie jednych i wyparcie drugich fragmentów nie jest interpretacją organiczną, bez której nie jesteśmy wstanie pojmować świata? Te pytania nasuwają się po zobaczeniu wystawy „Nie tam”. Bardzo ciekawa forma dzieł sprawia, że wystawa nie jest tylko suchą, wyliczoną dywagacją a przyjemnością patrzenia, która pobudza do refleksji.

Saturday, 20 March 2010

Emigrant w fotografii czyli Krzysztof Zieliński w galerii Starter

„Stereo” i „Starter” mylą mi się. Nie wiem czy to zbieg okoliczności, czy dowcip, który ma utrudnić życie młodym, nietutejszym adeptom sztuki, ale nazwy dwóch poznańskich galerii stworzone zostały chyba po to by je przejęzyczać. Dokładnie poinstruowany („Starter, to w bramie z szyldem masaż erotyczny”), z bagażem wrażeń z wystawy Piotra Żylińskiego, wymaszerowałem na wernisaż „Wszystko w porządku” Krzysztofa Zielińskiego. Odnalazłem szyld, bramę secesyjnej kamienicy, plakat z wielkim „Z” i po starych drewnianych schodach do galerii.
Wystawa to trzy fragmenty cyklu „Briesen”, który przez czternaście lat tworzył Krzysztof Zieliński. „Briesen”, co po Polsku oznacza Wąbrzeźna - miejscowość, z której pochodzi artysta. Dwa cykle wyprowadzone są i z powrotem zbiegają się na zdjęciach z trzeciego cyklu „Wszystko w porządku?”. Zaprojektowana w kształt litery V ścianka wskazuje dwie drogi.
Dziewięć czarno-białych fotografii z Seri „ Widoki Duselldorfu” to spojrzenie na wieżowiec w Berlinie . Wykonane z pewnej odległości, jakby przyczajone, potajemnie obserwujące budynek fotografie różni tylko rozświetlenie kadru. Geometryzująca fotografia wygląda z jednej strony jak smutna, zwielokrotniona ilustracja kolejnego cudu architektury użytkowej, z drugiej jest w niej piękno ascetycznej kompozycji, monotonnych prostopadłych i równoległych linii . Dołączony do wystawy tekst Mariki Zamojskiej porównuje pracę do fotografii Bernda i Hilly Becherów. Rzeczywiście praca jest jak ukłon, kontynuacja pracy nestorów fotografii z Duseldorfu. „Widoki Duselldorfu” jest jednak znacznie bardziej nostalgiczny. Nie odnajdziemy tu siły dokumentowanej architektury obdartej z tła, suchej. Tutaj wyczuwany jest dystans, strach przed zbliżeniem się do szklanego molocha.


Druga burta wystawy to cztery ujęcia twarzy autora. Wykonane jakby z zaskoczenia fotografie, sprawiają wrażenie przypadkowych. Zasmucona twarz zapełnia cały kadr, momentami wydostając się poza jego ramy. Postać unika kontaktu wzrokowego, a jeśli już spogląda, to raczej w dal, niż w naszym kierunku. Opresyjna sytuacja , w której znajduje się podmiot, przyjmowana jest obojętnie. Nie ma ucieczki przed obiektywem, tak jak nie ma ucieczki przed zmierzeniem się z sytuacją emigranta kiedy pojęcie ja ” Ja” staje się „Ich”. Kontekst autobiograficzny jest jakby nie pewnie dopowiedziany. Nie pojawia się bezpośrednio, jest dla mnie słabo czytelny. Pytanie czy Ja to Ich, czy słowa są tożsame, wydaje mi się być równie wątpliwe. Nie wiem, czy chodzi o akceptację sytuacji emigranta, który musi przystosować się, zacząć myśleć w nowym języku. A może pojęcia Ich i Ja dla artysty niosą zupełnie inne znaczenia, inne skojarzenia, choć pozornie oznaczają to samo?


Wystawę spina wspomniane V, ściana, na której rozłożone są fotografie z pracy ”Wszystko w porządku”. Najstarszy cykl łączy, a raczej zderza, dwa wątki z autobiograficznej opowieści artysty. To co zewnętrzne i to co wewnętrzne łączy się w 12 zdjęciach. Emigrant konfrontuje się z zastanym miejscem. Zwłaszcza że nie są to przyjemne, reprezentacyjne miejsca, reklamowane jako atrakcje turystyczne. Podziemia, wejścia do metra, puste, zimne, raczej odstraszające niż czekające na przechodnia. Właśnie w takich miejscach szukamy swojego „Briesen”- miejsca do którego wracamy we wspomnieniach.


Wychodzę i chociaż nazwy Stereo i Starter dalej „przejęzyczają mi się”, ale już nie mylą. Ciężko jest pisać o wystawie, która przedstawia tak osobistą sytuację. Jeszcze trudniej analizować wystawę, która zamyka się w trzech elementach większego cyklu. Mnie ta prezentacja przygnębiła, czyli sztuka zadziała. Gdzieś z tyłu głowy pozostaje jednak pytanie, na ile ten odbiór kreowany jest nie przez samego artystę, ale kuratorów, którzy opisują prace, napędzają interpretację.

Tuesday, 9 March 2010

Sztuka wystawiania

Najbardziej rozłożone w czasie i przestrzeni przedsięwzięcie z dotychczasowych wystaw cyklu Ideozy rozpoczęła się muralem Darka Paczkowskiego, o którym rozpisywałem się już wcześniej.
Tym razem studenci zaskoczyli nie tylko rozmachem, ale i pomysłem na wystawę. Od początku zastanawiał mnie tytuł- „To miejsce nigdy nie będzie należeć do mnie”- Instytut Awangardy pewnie nie będzie, w końcu lokale w centrum to grubsza inwestycja. Odwołanie do wykładu profesora Turowskiego na którym bazują studenci ujawnił się dopiero po przekroczeniu progu galerii.




„Kultura spektaklu nie zna wydalania”, cytując za profesorem, to dobry przyczynek do analizy pracy Moniki Sosnowskiej, głównego punktu wystawy zorganizowanej w Instytucie Awangardy. Wchodząc do szklanej Sali Atelier właściwie nie wiemy, co się dzieje. Puste ściany, za oknem trochę śmieci, słowem- pustka. Dopiero po chwili poczułem, że coś tu nie gra i to coś jest pod moimi stopami, a właściwie jeszcze głębiej. Przyjemna, wygłuszająca wnętrze wykładzina wyłożona na podłodze coś pod sobą skrywała. Niepewnie stawiane kroki zdają się wprowadzać ogólne zainteresowanie i konsternacje. Tylko dotykiem możemy ocenić co skrywa szary dywan. Śmieci, chociaż nazwane i określone, nie zostają rozpoznane. Wiemy, że kroczymy po czymś zużytym niepotrzebnym, domyślamy się- to plastiki, to puszka.
Śmieci to niechciany i konieczny produkt naszej cywilizacji- staramy się go schować, zamieść pod dywan. W pewnym momencie śmieci zaczynają tworzyć swój własny grunt dla naszej rzeczywistości. Chociaż ich nie widzimy, a przynajmniej widzieć nie chcemy, zdają się sytuować nasze spojrzenie na świat. Na zgromadzonych ten pomysł wywarł silne i bardzo pozytywne wrażenie. Sam w sobie prosty, ale bardzo trafiony. I tym razem jednak zastanawiała mnie hermetyczność przedsięwzięcia. Nie wiem, ile rozumiałbym i na ile przemawiałaby do mnie praca Moniki Sosnowskiej gdyby nie intelektualny podkład serwowany na wykładzie i konwersatorium profesora Andrzeja Turowskiego.
Kolejną pracą, zupełnie niewidoczną, bo znajdującą się za plecami potencjalnego wchodzącego jest film „Superman” Jana Brzuszka. Romskie dziecko samotne wśród tłumu przechodniów- nieco ckliwa ilustracja kolejnego „śmiecia” społeczeństwa, jakim jest bezdomny, osoba zepchnięta do śmietnika społeczeństwa. Nie zużyta, nie przeterminowana, nie wadliwa, a mimo to z góry skazana na alienacje. Film wyświetlany jest za szybą, co wzmacnia poczucie separacji- nie możemy wejść w relacje z bohaterem, dzieli nas niewidoczna ściana (która dodatkowo sprawia, że film jest słabo widoczny). Choć film do tematu wpasowuje się bez pudła, każe nam ponownie przeanalizować słowo „śmieć”, to jako dzieło samo w sobie nie przemawia do mnie. Niby reporterskie spojrzenie, ale dziecko, samotność, ulica to trochę jak polskie dramaty, które zamiast poruszać drażnią powielaniem tej samej kanwy.
Wystawa nie zaczyna i nie kończy się w murach Instytutu Awangardy. W ramach projektu zorganizowano pokazy filmu Wei Liu ‘Hopeless Land’. Wyświetlany już niebawem po północy na stacjach Warszawskiego metra obraz jest historią chłopców z przedmieść Pekinu, zarabiających tak niewiele, że żyć mogą jedynie na śmietniku, istniejących i nie istniejących, jak śmieci.
Kolejną niespodzianką będą tworzone przez Grupę Tworzywo gry słowne, w formie vlepek, szablonów, które można będzie upolować w przestrzeni miejskiej. Czekamy też na mural Zbioka, który ma się pojawić już pod koniec marca na squacie Elba.
Współpraca kuratorów z artystami przy wystawie ”To miejsce nigdy nie będzie należeć do mnie” pokazuje, że samo wystawiennictwo jest sztuką. Nie trzeba utrzymywać wzroku na stałej wysokości wiszących obrazów, żeby zobaczyć, a raczej uczestniczyć i poczuć dobrą wystawę. Nie trzeba artystycznych rarytasów, wielkich nazwisk, żeby wystawa zapadała w pamięć, tworząc spójną i czytelną narracje. Nie potrafię odbierać tej wystawy inaczej niż z perspektywy wcześniejszych rozważań profesora Turowskiego, widzę wielowarstwową narracje, transpozycje wykładu układanki. Zastanawia mnie jednak, czy bez tego zastrzyku wiedzy wystawa nie byłaby tylko pustą salą ze stertą śmieci pod dywanem.

Monday, 1 March 2010

Anty konsumpcyjne graffiti czyli Ideozy w plenerze

Z wiosną cykl wystaw Ideozy wychodzi w plener. Rozwijające się z każdą kolejną wystawą przedsięwzięcie kuratorskie pod patronatem prof. Andrzeja Turowskiego zawitało na ulice Warszawy. Tym razem artystyczna gratka była przednia- graffiti na bilbordzie, tworzone przez Dariusza Paczkowskiego przy ulicy Chałubińskiego. Z drugiej strony „Anty konsumpcyjne graffiti”, bo taki tytuł nosiła cała akcja, nastawiało mnie nieco podejrzliwie do przedsięwzięcia. Ale postanowiłem wsadzić swój konsumpcyjny nos w całą sprawę i wybrać się na popołudniowy spacer.
Na miejscu zastałem już kończącego prace Dariusza Paczkowskigo, profesora Turowskiego i jednego z trzech kuratorów Maćka Kusia. Wydarzenie tłumów nie zgromadziło, no bo jak… graffiti? Cóż, prawo ulicy. Profesor tłumaczył całą ideę i złożoność projektu zainteresowanym osobom, a brygadier grupy 3fala schodził z drabiny by pokazać dokończone już graffiti.


Praca bardzo przypomina szablon, postać- konsumpcyjny Syzyf pcha swój wózek wyżej i wyżej, widać, że nie jest mu lekko, zapiera się całym geometrycznym ciałem żeby dopchać go do krawędzi, której przekroczyć i tak się nie da- do ściany supermarketu. A za ścianą i przepaścią napis „Chcieć mieć więcej” jakby wyjęte z piosenki Kazika Staszewskiego Inwazja Waranów. „Chcieć mieć więcej i chcieć jeść więcej Pieniądze na życie, czy życie dla pieniędzy” śpiewał pierwszy wśród zbuntowanych. I takie też moje pierwsze skojarzenia, post-punkowo naiwne w swoim byciu ANTY dzieło, zwłaszcza, że dzieło zawisło na bilbordzie udostępnionym przez firmę Stroer (monopolistę w bilbordowym interesie na terenie Warszawy).



Ale hola hola, trzeba było zamiany kilku słów z autorem dzieła i Maćkiem by zrozumieć całą świadomość, z jaką zostało wykonane dzieło. Warto tu odwołać się do często przytaczanej przez profesora Turowskiego koncepcji świata jako supermarketu. My jesteśmy wiecznymi konsumentami, których zachowanie wobec supermarketu może być różne, ale zawsze będzie to zachowanie w supermarkecie. Bilbord nie tylko treścią ujawnia tą relację. Cały bunt, bycie anty ma miejsce z przyzwolenia rynku. Firma musi wypożyczyć miejsce(tym razem non-profitowo) by ktoś mógł pokazać swoją niechęć do takiego bardzo konsumpcyjnego świata. Dzieło Darka Paczkowskiego to bunt w supermarkecie- Syzyf nigdy nie wydostanie się z Tesco Hadesu. Może i chce wypchnąć stamtąd swój wózek, ale my możemy widzieć jego starania tylko dzięki „łaskawości” firmy, która tę konsumpcję napędza. Artysta i kurator wiedzą, że systemu nie podważą, ale w metaforyczny sposób stosunkują się do sytuacji, w której każdy z nas chcąc nie chcąc się znajduje.


Bardzo cieszę się, że Ideozy nabierają takiego rozpędu. Gratulacje dla kuratorów Maćka Kusia, Marii Franeckiej i Agnieszki Kleczyk za taką organizację i dla artysty, który przyjechał na wydarzenie specjalnie z Żywca . Miło zobaczyć graffiti w centrum i chyba dobrze, że nie mam prawa jazdy bo samochód pewno zaparkowałbym na ścianie w pobliżu dzieła- jest co oglądać! Więc przejeżdżając ulicą Chałubińskiego rozglądać się w poszukiwaniu „graffiti Anty konsumpcyjnym”, a na dniach relacja z dania głównego czyli czwartej wystawy w Instytucie Awangardy.

Sunday, 28 February 2010

Lokal na 3, wystawa Kamena Stoyanova

„W swoich pracach Kamen Stoyanov bada stosunki pomiędzy praktykami artystycznymi i pozaartystycznymi” -mówi nam krótki wstępniak do wystawy. Brzmi bardzo zachęcająco.W końcu problemy integralności sztuk pięknych, czy ich wchłaniania przez kulturę wizualną, stoją od jakiegoś czasu na świeczniku artystycznych i historyczno-artystycznych, żeby nie powiedzieć sztucznych, dyskusji.
Zachęcony ulotką, znając z reguły interesujące prezentacje Lokalu 30 wchodzę odważnie do galerii. Pierwsza sala i słynny balkon z widokiem na centrum towarzyskiego życia Warszawy były na tyle zatłoczone, że zacząłem zwiedzanie od drugiej sali. Twórczość Bułgarskiego artysty pracującego w Wiedniu kojarzyłem z pracą i performance „Hello Lenin”, i nie powiem, że praca ta mnie zachwyciła, choć jej założenie było ciekawe.
W galerii zobaczyłem trzy prace artysty, dość niewiele i zarazem dość dużo jak na przestrzeń wystawienniczą galerii Lokal 30. Pierwszą pracą, na którą wpadłem (prawie dosłownie) był „Tiger Steps”, instalacja i cykl fotografii wykonane w 2007 roku. Historia ma mówić o tygrysie żyjącym w kawiarni w centrum handlowym w Sofii. O odizolowaniu zwierzęta, potraktowaniu go jako obiektu wystawienniczego. Tutaj znów pomysł zdecydowanie wyprzedził w atrakcyjności realizację. Nie widziałem wielkiej gry z problem granic sztuki i innych działań w tej pracy. Leżąca maskotka zabawnie podrygująca ogonem oraz zdjęcie przypominające te z wycieczki do zoo nie napędzały u mnie skojarzeń z tematyką ontologii współczesnej sztuki.
Trochę lepiej prezentowało się wideo „Utwór na krzesło”, które ilustrowało grę słynnego „perkusisty” z placu przy Warszawskim metrze Centrum. Tutaj nie zgodzę się z ulotką galerii. Ja koncertowi wykonywanemu na starym krześle przysłuchiwałem się kilkukrotnie. Myślałem: uliczny artysta, wirtuoz na bruku , który gra tak awangardowo, że nie jestem wstanie złapać logiki utworu. Po kilku przesłuchaniach doszedłem jednak do wniosku, że i sam „perkusista” nie bardzo ogarnia całość swojej kompozycji. Praca ilustruje samo performance artysty, występ, który jest i artystyczny, i rynkowy, ma produkować zysk przez działanie- nie wiem czy bardziej muzyczne czy teatralne. Jednak ciężko doszukać się tego w nagraniu Stoyanova, nie tyle reportażu, co samej rejestracji zdarzenia.
Ostatnią z prac, które zaprezentowano na piątkowym wernisażu był „Autoportret z fotografią”. Duży akrylowy odlew z ciała artysty, trzymający i jednocześnie w znacznej części przysłonięty fotografią. Fotografią, która jest właściwie pustym arkuszem papieru fotograficznego. Forma rzeźby jest atrakcyjna, realistyczna, surowa, bez zbędnych upiększeń. Obserwując ją z kilku stron obserwujemy dwa oblicza rzeźby, od płachty zza której wystaje czubek głowy, po postać, zidentyfikowaną osobę wykonującą czynność. Biała kartka, którą podtrzymuje tu odlew artysty, stała się dla mnie smutnym zakończeniem tej wystawy. I podejrzewam, że nie o niemoc artystyczną chodziło, ale ja po przeglądnięciu prezentacji trzech prac, wyniosłem właśnie takie wrażenie.
Powtarzając, trzy prace to niewiele i dużo, niewiele żeby zrozumieć twórczość Kamena Stoyanova, na tyle dużo żeby stwierdzić, że wystawa „Plaster me” nie jest najlepszą z prezentowanych w galerii Lokal 30. Wyniosłem z tego może nie najświeższą myśl, że ta wystawa to obraz „artysta po konceptualizmie”. Bardzo ważny problem, ciekawa myśl, ale sama wizualizacja jakby niepełna, nie do końca wytrzymująca ciężar treści. Wszystko to powoduje, że najczytelniejszym dziełem staje się ulotka prezentująca wystawę.




Saturday, 27 February 2010

Ładne rzeczy czyli młody design w Salonie Akademii

Nieczęsto mam okazję gościć na wystawie design- nie ma w Polsce wielu instytucji promujących wzornictwo przemysłowe, pokazujących nowe dokonania projektantów. Tym bardziej ucieszyłem się widząc zaproszenie na wystawę ”Od idei do obiektu od obiektu do produkcji”. Prezentacja prac jest jednym z finalnych, choć nie ostatnim, elementów wielkiego projektu designerskiego zorganizowanego przy współpracy Wydziału Wzornictwa Warszawskiej ASP i Politechniki w Holon.
Już przy wejściu do Warszawskiej Sali akademii widać, że wystawa zorganizowana przez Cieszyńską fundację ”Być razem” to nie lada przedsięwzięcie organizacyjne. Dobrze wydany katalog, buttony – gadżet, który staje się chyba wizytówką wystaw designu. Pokazywana w styczniu tego roku na zamku w Cieszynie zgromadziła sporo publiczności, a sądząc po frekwencji na Warszawskim wernisażu i tu wystawa spotkała się z dużym zainteresowaniem.
MIĘDZYNARODOWY, SPOŁECZNY, RYNKOWY, to trzy założenia projektów prezentowanych na wystawie. Międzynarodowy, bo przygotowywany przez studentów dwóch szkół z Polski i Izraela. Społeczny- bo to zaangażowanie designu jest, a przynajmniej powinno być, statusowo weń wpisane. Tutaj kontekst społeczny miał szczególne znaczenie w odniesieniu do pomocy opiekunom Cieszyńskiej Fundacji. Rynkowy, bo celem warsztatów i wystawy jest wyłonienie prac na tyle atrakcyjnych wizualnie, tanich w produkcji i innowacyjnych w swojej użyteczności, by mogły być wprowadzone do sprzedaży w limitowanych edycjach. Cały ten proces to pierwsza faza warsztatów ”Od idei do obiektu”.
„Od obiektu do projektu” to druga faza projektu, a zarazem sedno wystawy. Dziesięć projektów, każdy bardzo dobrze wyeksponowany, prezentowany z wyczerpującymi opisami i prezentacją młodych projektantów, autorów danego przedmiotu. Wystawę otwiera „Ubytek” Łukasza Wysoczyńskiego i Daniel Zelig. Niski stolik z wgłębieniami w blacie w które można wkładać gazety czy inne przedmioty. Co do użyteczności takiego stolika mam pewne wątpliwości, wyglądał za to bardzo atrakcyjnie (co zresztą charakteryzowało większość „ładnych przedmiotów” na wystawie). Kolejne projekty które zapadły mi w pamięć to bardzo ciekawe drewniane Puzzle 3D Urszuli Mas „Rosnące drzewo”. Elementy, które kojarzą się z klockami, którymi większość bawiła się w dzieciństwie tworzą drzewo, które może służyć jako ciekawa przypominajka, drzewo ogłoszeń. Kolejna ładna rzecz do kolekcji. Na kolejnej gablotce „ Winezer” Dany Yichye Shwachman. Minimalistyczny projekt stojaka na butelki, składający się z dwóch niezależnych obręczy na wina, które po połączeniu tworzą bardzo interesujące formy, eksponują samą butelkę wina i nadając jej nietypowe położenie. Moim zdaniem jeden z faworytów w konkursie. Chyba ostatnim projektem, który bardzo mi się spodobał była „Półka w Obrazie”. Mebel Małgorzaty Mozelewskiej mógłby z powodzeniem stać się częścią zbiorów kolekcjonera obrazów. Kolorowe ramy nadają nawet zwykłym przedmiotom specjalnego znaczenia- zauważa sama artystka.
Wszystkie dziesięć projektów to przedmioty niewielkie, nieskomplikowane technologicznie tak, by ich produkcja nie pochłaniała nadmiernych kosztów. Większość z nich nie przeciera nowych designerskich szlaków i nie ma tu rewolucyjnych odkryć, ale nie tego szukamy na tej wystawie. Wystawa konkursowa miała pokazać przedmioty, które mielibyśmy ochotę kupić i rzeczywiście, ja pokusiłbym się o niejeden produkt z wystawy. Po prostu ładne przedmioty, które ułatwią życie, ale przede wszystkim upiększają wnętrza, rozweselają przestrzeń. Z zaciekawieniem będę obserwował finał konkursu z nadzieją, że nie będzie to konkurs-meteoryt na polskiej scenie, a coraz częściej w galeriach obok młodych artystów z wydziału rzeźby, malarstwa czy intermediów będziemy mogli podziwiać prace artystów z wydziału form przemysłowych.


Tuesday, 23 February 2010

Pan JareXma

Zacznijmy od tego, że idąc do Viura mamy niepowtarzalną okazję przejść przez instalacje Mirosława Bałki „How it is”. Długi ciemny korytarz, w którym nasze zmysły zaczynają działać w trybie sound on view off. Z tym że mamy tu jeszcze dodatkowe urozmaicenie w postaci schodów na pierwsze piętro gdzie mieści się przybytek street artu. Wchodzę, widzę kilku ludzi, rzut oka w prawo i oto jest pan Jarema i jego artystyczna produkcja. Olbrzymia czarnobiała praca, wyklejana z papieru połączona z zainstalowanymi neonami. Tym razem całkowite zaskoczenie, bo Viurowa wzmianka była lakoniczną wicią, czas miejsce i główny bohater.
Gdyby spojrzeć nieuważnie można by pomyśleć Hiro wrócił na ściany Viura ( o ile z wcześniej z nich zszedł). Pomimo dość wyraźnego wspólnego mianownika wielki monochrom Jaremy jest pracą całkowicie odmienną od styczniowej prezentacji wrocławskiego artysty. Wielkie czarnobiałe płaty papieru znów tworzą abstrakcyjną kompozycję i tym razem zapowiada się mocno psychodeliczna wystawa . Jarema zastosował bardzo ciekawy zestaw drukowanych sampli. Tym razem duże kawałki papieru wciągają bardziej jako różnoraka tkanka form niż puzzle rebusy, które odczytujemy zbliżając się i oddalając. Przypomina to poprzecierane, przepalone fragmenty materiałów, filmów fotograficznych, ogólnie materie lekko zdezelowaną. Podchodzę, zbliżam się, a z każdym krokiem abstrakcja wydaje się pogłębiać , przedłużone na boczne ściany dzieło osacza i wchłania. Tak znalazłem się w objęciach pracy stojąc twarzą w twarz z pokaźnym X-em , który tworzą dwa białe neony na niebieskim tle. Pod neonami duża wygięta w szyderczym uśmiechu twarz. Street artysta stworzył prace przedstawiającą wielką twarz, której X-spojrzenie albo wybucha albo wchłania otaczającą czarnobiałą przestrzeń. Nie wiemy, czy to twarz wsysa otoczenie czy otoczenie wyciąga z głowy to co w niej siedzi. Mnie wlep-kolaż wciągnął bez reszty. Swoją drogą, twarz tyleż szczerze co filuternie uśmiechnięta przypomina facjatę artysty i wygląda jak wielki autoportret.
Odwracam się plecami do wszechogarniającego spojrzenia, by spojrzeć na dwie prace na płótnie przygotowane przez Jaremę. Pierwsza z nich to nadrukowana na mocno wyświechtane płótno grafika znów przedzielona pionowym neonem. Druga praca przełamuje monochromatyczny klimat subtelnym błękitem. Znów widzimy plamę na kształt rozwałkowanego na płaszczyźnie globusa, a raczej jego fragmentu. Plama wydostaje się z niebiesko białego tła, tworzonego „z ręki” co świetnie pogłębia jeszcze kontrast z nadrukowanym szablonem. Na to wszystko Jarema nakłada gruby półprzezroczysty plus. Praca bardzo malarska silnie koresponduje z wiszącym nam cały czas na plecach wszechogarniającym spojrzeniem Xtwarzy.
W pracach Jaremy ważny w jest sam proces tworzenia dzieła. Powstaje ono według planu co pozwala pomimo vlepkowej formy, posługiwania się arkuszem papieru i klejem na szybkie streetowe działanie w przestrzeni miejskiej. Blisko w tym aspekcie Jaremie do street artystów posługujących się sprejem. W Viurze pokazał się jako mistrz wylepiania, który potrafi zachwycić doskonałą formą swoich dzieł i doprowadzić do stanu, który kojarzy mi się z nocnym słuchaniem Amona Tobina. W stan, który wywołuje tylko najlepszy artystyczny towar. Jeśli ktoś chce przekonać się na własnej skórze, zapraszam do Viura. Zwłaszcza, że naklejone na ścianę dzieło siłą rzeczy staje się jednorazowe i niepowtarzalne, aktualne tylko do kolejnej wystawy.

Sunday, 21 February 2010

Jak koroduje Holocaust?

Kiedy zobaczyłem w swojej skrzynce zaproszenie z galerii Appendix2 o treści „Arbeit macht frei” pomyślałem - 'szybka reakcja na kradzież?' Kolejna odsłona filmiku Hitler o elektro, tym razem z artystycznym komentarzem? Nie wiem, ale doszedłem do wniosku, że zima mija, przedwiośnie coraz bliżej- czemu nie wychylić nosa za okno, nawet na drugą stronę Wisły.
Wystawa izraelskiego artysty Amira Yatziv to prezentacja jednego cyklu, a właściwie jednej pracy artysty. Zaczynam od kilku prowizorycznie powieszonych zdjęć, powiększeń wżerów rdzawych z napisu „Arbeit Macht Frei”. Każdy dokładnie opisany informacjami o literze i miejscu na literze, z której fragment został pobrany. Podkreślano abstrakcyjność, a raczej naiwną abstrakcyjność fotografii, ciekawych dokumentacji korozji napisu. Krótka przemowa, którą zdominowała wypowiedź ambasadora Izraela była chyba próbą sprostowania sytuacji. „Wystawa powstała przed kradzieżą, to nie jest reakcja na to zjawisko, artysta chciał nam pokazać coś innego.” Miałem wątpliwości, ale przyszedł czas na film.
10 minut krótkiego dokumentu, relacja z dwóch pracowni ślusarskich , które wykonały replikę oświęcimskiego napisu przed konserwacją oryginału. Film to wypowiedzi ślusarzy, ich opinie na temat stanu technicznego, wymiarów, problemów, które nastarczał nieprofesjonalnie wykonany oryginał. Oczywiście wspominają o słynnym odwróconym B, które polski ślusarz komentuje krótko- „sabotaż”. W filmie oryginalny napis nie pojawia się ani razu, nie ma do niego bezpośrednich nawiązań. To według mnie stanowi o niezwykłej sile tego obrazu. Sam autor mówi, że nie chodzi o pokazanie wprost napisu, jego rodowodu, który nietrudno odtworzyć. To przepracowanie samej czynności tworzenia go. Wspomina o tym izraelski ślusarz- mówi, że w pewnym momencie poczuł się jak więzień pracujący przy wykuwaniu. Wykonali ten sam napis, który przed ponad sześćdziesięcioma laty zrobili więźniowie K.L Auschwitz, siłą rzeczy wykonując te same gesty i czynności- zarówno Żydzi jak i Polacy. Mimo to nie widać wielkiej różnicy w zmierzeniu się z teorią. Wspomnienie tragedii wywołuje podobne reakcje- mimowolne spuszczenie głów. Napis zostaje wyprowadzony, film się kończy.
Oklaski, nie ma wielkiego poruszenia, bo i film nie powstał po to, aby wstrząsać. Oderwany od bramy obozowej napis tworzy swoją historię- nie jest to bezpośrednia historia zagłady, a historia pamięci o holocauście. W tym kontekście powtórne spojrzenie na fotografie wywarło znacznie silniejsze wrażenie. Nie widzę już abstrakcyjnych brunatnych plam, tak jak nie widzę napisu choć to z niego pobrano próbki. Widzę próbę pokazania pamięci, tego, jak zrasta się ze „zdrową tkanką” i jak obie te warstwy przenikają się.
Jak my wpływamy na pamięć i jak pamięć sytuuje nasze spojrzenie? Czy holocaust koroduje? W pracach Amira Yatziv widziałem dogłębne anatomiczne studium korozji tego wydarzenia. Pokazuje, że pewne zdarzenia nigdy nie mogą się zabliźniać, zostać wchłonięte i zagojone. Na pamięci pomimo upływu czasu pozostają rdzawe wżery.

Wednesday, 3 February 2010

Półgeometryczne półżarty

Niczym już nie dziwią wystawy organizowane w domach, mieszkaniach, opuszczonych piwnicach. Tym razem przestrzeń może zaskoczyć. Nie ma przejść, korytarzy i święta sztuki na końcu podróży. Otwierają się drzwi nowoczesnego budynku. Wita nas portier i pierwsze obrazy z wystawy Waldemara Petryka „dessin semigeometrique”. Pomimo zastrzeżeń artysty o swojej niemalarskości bardzo malarskie prace zawieszone zostały w hollu nowoczesnego apartamentowca przy ulicy Bukowskiej.
Zaczynamy od kilku obrazów „patriotycznych” -Wisła rzeka polska .Widać delikatny i subtelny dowcip artysty, na tyle delikatny, że gubi się w nim potencjał pracy. Nie mówię tu o politycznej bezpośredniości, której tak wystrzega się Petryk (co zresztą wydaje mi się bardzo kuszące), ale o małym potencjale pracy- niby to zaangażowanej, niby nie, niby politycznej, niby dowcipnej, a przy okazji ani jednej, ani drugiej. Dalej czeka nas wybór, najpierw w prawo czy w lewo? Ja bez związku z poglądami politycznymi skierowałem się na prawo.


Pierwsza i bardzo estetyzująca, a z drugiej strony ciekawa praca z cyklu „Dessin Semigeometruqe”. Sam artysta tłumaczył ją zgodnie z tytułem jako półgeometrykę. Rysowane i malowane na papierze na którym wytłoczono wzór. Prace to ciekawa gra z geometrią i jej granicami, przejściem geometrii. Wykreślane wręcz techniczne geometryczne szkice w pewnym momencie się urywają , tracą swoją pełną geometryczność, przełamuje je niegeometryczność, kolor, abstrakcja biegunowo inna. Kolejna praca i kontynuacja podjętej myśli, perforowana kartka i wielokolorowe pionowe rozedrgane pociągnięcia pędzla. Bardzo ciekawe, ale do pewnego momentu, bo po dziesiątej pracy zacząłem przyglądać się już tylko kolejnym ekspozycjom tego samego tematu- penetracja tematu utknęła gdzieś na trzeciej pracy.
Omijam tłumek gości, podejrzewam starych bywalców galerii -sądząc po wieku. Jestem na lewej burcie wystawy. Pierwsza praca i smutna myśl że jestem na wystawie dinozaura delikatnych abstrakcji. Na szczęście z każdą pracą ta myśl oddalała się ode mnie. Małe formaty prac, zresztą zbliżone do prac z semigeoetrycznego cyklu to popis wszelakich form od akwareli przez kolaż po asamblaż. Pomysłem na prace były „wycieczki innych osób”, jak mówi artysta. Cytatami z tych wycieczek są przedmioty przywiezione przez wycieczkowiczów i fragmenty ich wspomnień. Artysta w zdecydowanie żartobliwy sposób rozprawia się z tematem wycieczek zabarwiając je dodatkowo politycznymi i historycznymi aluzjami. Tak na jednej z prac pojawiają się rozmawiający z sobą Napoleon i Gorbaczow, na innej cytat z podróży ,podejrzewam na wschód, gdzie ”tata był już tak zmęczony że dał wyprzedzić się jednemu Ukraińcowi” . O ile niektóre dowcipy kojarzą mi się z gimnazjalnymi gierkami słownymi i ich żart wprawiał mnie w zakłopotanie, to cały cykl jest bardzo różnorodny zarówno pod względem formy jak i potraktowania tematu- powoduje to, że całość ogląda się bardzo dobrze i z zaciekawieniem aż do ostatniej pracy.


Całe wydarzenie w dość sielankowo przyjacielski nastrój uraczyli zamaskowani (czym chyba jako grupa artystyczna się podpisali) kolędnicy. Zbierający datki a nie kolędujący (choć może to i dobrze, kiedy przypominam sobie tych niezamaskowanych którzy śpiewać próbują). Akcja zabawna i pomysłowa, ale jaki jest jej związek z wystawą? Okres kolęd, performerskie inklinacje Petryka, czy wykonana przez niego rybka-skarbonka? Nie wiem.


Ciężko oceniać twórczość kogoś znacznie starszego od siebie, zwłaszcza gdy do wystawy nie jest się do końca przekonanym. Trzy pomysły, jeden spalony na panewce, drugi trochę rozwlekły ale z założenia bardzo ciekawy i trzeci rekompensujący wcześniejsze rozczarowania. Wystawa plasuje się raczej na uboczu głównego szlaku artystycznego, warto zobaczyć ją jeśli nie poszukujemy wielkiej rewolucji w sztuce i mamy ochotę na trochę relaksu w galerii.

Sunday, 24 January 2010

We don't need another Hiro

W poszukiwaniu Qltury przez duże ‘Q’ trzeba przeprawić się na drugą stronę Wisły. Wycieczka może do najprzyjemniejszych nie należy, ale cel wart zachodu. Street art w Warszawie ma jeden główny przystanek na 11 listopada 22 –Viuro. I o ile sami „animatorzy” street artowej sceny odcinają się od galerniczych ram działalności to wieszane i najczęściej tworzone na ścianach dzieła to solidna dawka poezji ulicy.
Gościem praskiej galerii jest Wrocławski artysta Hiro. Przyjaciel Viura, który bawił na ich urodzinowej imprezie i chyba tak mu się spodobało, że w Warszawie został tydzień, a czasu nie zmarnował. Zazwyczaj kolorowa ściana na której prezentowane są w Viurze prace zamieniła się w czarnobiałą plamę, jak Big Bang w czarnobiałym kinie. Tytułowy „Xero Mess(er)”, totalna monochromatyczna abstrakcja. Jeden krok i z chaosu wydobywają się pierwsze kształty(choć nie przypomina to wcale stworzenia świata). To żołnierz w helikopterze, to powiększona litera, to fragment wieżowca. Drugi krok i już widzimy że obok żołnierza nalepione są króliki, spod wieżowca wydostaje się napis, a litery mają swoje kontynuacje. Jeszcze jeden krok i już nie widzimy wybuchu, ciężko dostrzec nam żołnierza, widzimy za to tysiące małych fragmencików, gazetowych sampli ,które w jeden utwór połączył Hiro. Obraz na tyle wciągający, że staliśmy dobrych paręnaście minut doszukując się coraz to nowych fragmentów, dostrzegając relacje między jednym a drugim skserowanym wycinkiem. Kilka kroków w tył i powrotem patrzymy na Mess, jednak bałaganu już nie widzimy. Widzimy wielki, przemyślany potencjał chaosu.
Pan Hiro opowiedział o swojej działalności, ciągotach do czarno-białych kserówek i niechęci do kolorowych prac. Praca powstaje w znacznej części przypadkowo. Gotowe są tylko elementy, kserowane wycinki (swoją drogą zastanawialiśmy się jaka specjalistyczna literatura musi to być, skoro można w niej zobaczyć panienki od stóp do głów w lateksie). Klejenie i składanie graficznych sampli wydaje się pokrewne twórczości grupy mass mix. Efekt jest jednak zaskakująco inny. Kolaż Hiro to moim zdaniem gra ulicy XXI wieku z dokonaniami modernizmu, od dywizjonizmu po rosyjski kolaż. Dobrą recenzją pracy jest jeden z głosów z sali -„no i jest postmodern”. Skojarzeń nasuwa się jeszcze więcej, rewitalizacja już wykorzystanych cytatów z kultury, chęć ukrycia jednych czy eksponowania innych elementów. Dzieło skłania do kontemplacji, wsysa nas wielka plama. Chaos nabiera tu nowych znaczeń, a wszystko to zamknięte w niezwykle chwytliwej formie.
„We don’t need another Hiro” śpiewała babcia Tina, a ja myślę, że miała rację- oryginalny Hiro zdecydowanie zaspokaja potrzeby z gatunku estetyki street. Nie potrzeba innych Hiro, za to więcej Hiro w Warszawie, może poza murami galerii- owszem. Warto zajrzeć do Viura, nie tylko by zobaczyć nowe dzieło Hiro ale by poczuć atmosferę kolorowej alternatywy dla lewobrzeżnej sztuki.

Monday, 18 January 2010

Fangor na aTak

Wojciech Fangor to jeden z (niestety) niewielu polskich artystów, których przedstawiać nie trzeba. Weteran na scenie artystycznej nie tylko polskiej ale również (a może przede wszystkim) międzynarodowej, gości w Warszawskiej galerii aTak. Wystawa Palimpsest czyli cykl 25 portretów to piorunująca dawka malarstwa z najwyższej półki.
O ile przychodząc na wystawę byłem zainteresowany tylko nowym cyklem artysty, o tyle wychodząc mogłem spokojnie przyznać, że jestem wielbicielem (przynajmniej tych płócien). Tłum, który zebrał się przy Wojciechu Fangorze przypominał zgromadzenie, czy audiencje , gdzie czeka się na choćby słowo i uścisk dłoni mistrza. Szacunek ten jest w pełni zrozumiały- ciężko przejść wobec twórcy takich dzieł obojętnie.


Fangor po 5 latach wraca do galerii Atak. Wcześniejsza wystawa to cykl rysunków i szkiców. Była to wycieczka w krainę samej pracy twórczej, powstawania dzieła. Obecna wystawa to wspomniane 25 płócien z komputerowymi nadrukami szkiców stworzonych przez artystę, które interpretuje nakładając na nie plamy kolorów, naklejając papier. To tytułowe palimpsesty, nowe dzieła naniesione na już powstałe prace. Takie potraktowanie rysunków wygląda na rewitalizacje, może wydawać się odgrzewanie starych potraw, po czasie ani zjadliwych ani ciekawych. To co pokazują obrazy od razu rozbija takie przypuszczenia.


Patrząc na obrazy, można by zastanawiać się ile ich twórca ma lat, 25 – 30, skoro z jego prac bije taka świeżość i optymizm. Każdy z obrazów, choć utrzymany w podobnej konwencji, jest inną rozprawą z malarską formą. Tu pastel, tam kolaż, natłok inspiracji. Obraz „Ewa Pape I (8)” to moim zdaniem wycieczka w kierunku portretów Witkacego. Niepokojące oczy otacza niepokojąca feeria kolorów. Kolejne dzieła mogą być czytane jak rebusy z dziedziny sztuka, choć to najprostszy rodzaj interpretacji. Można zastanawiać się nad rolą tych portretów w twórczości artysty, można zastanawiać się nad refleksją Fangora nad sztuką. Głosem i spojrzeniem-oderwaniem od mainstreamu artystycznego świata. Ważne, że galerii można spokojnie zapomnieć o problemach z gatunku art.-aktualia. Nie musimy znać ostatnich wiadomości by podziwiać twórczość prezentowaną na wystawie.
„Rysunki przedstawiają przede wszystkim kobiety” , jak zauważył kurator wystawy Stefan Szydłowski, co więcej- główną z rysowanych kobiet jest żona artysty, Co mówi nam jeszcze więcej o samym malarzu. I rzeczywiście, patrząc na portrety możemy zobaczyć w nich autoportret samego malarza. W płótna można wpatrywać się godzinami i, jak powiedział mi kurator, można odnaleźć tam trochę Picassa, trochę Matisse’a- wielki bagaż malarstwa. Fangor perfekcyjnie posługuje się malarskim grypsem, gdzie czasem jedna kreska jest jak oko puszczone w kierunku jednego ze swoich mistrzów. A przy całym tym ładunku obrazy pozostają czystym Wojciechem Fangorem, który znowu zaskakuje.

Friday, 15 January 2010

Ideozy vol2.

Druga odsłona cyklu Ideozy przeniosła nas z tropików do krainy wielkich niezrealizowanych planów, utopii „Snów nie-rzeczywistych”. Przesunięta z powodu opóźnienia w cyklu wykładów profesora Andrzeja Turowskiego (odpowiadającego za merytoryczną stronę przedsięwzięcia) zapowiadała się biegunowo różnie od poprzedniej „tropikalnej” wystawy.
Tym razem wycieczkę rozpocząłem od wspinaczki na jedenaste piętro (to dopiero egzotyczna podróż!). Pierwszym obrazkiem który bardzo mnie ucieszył był widok profesorów z Instytutu Historii Sztuki (kto wie kto odwiedzi szóstą wystawę!). I tym razem zainteresowanie było duże, co bardzo mnie ucieszyło zwłaszcza biorąc pod uwagę półmetrową warstwę śniegu zalegającą na ulicach.

Wystawa to dwie bardzo wyraźne narracje połączone wspólnym nawiasem utopii. Z jednej strony utopii którą niesie pozorne wyzwolenie w systemie demokratycznym, z drugiej- tej, jaką była modernistyczna próba stworzenia domów idealnych.
Po wejściu do Sali wystawowej od razu wzrok przyciąga Light box Nicolasa Grospierra „The Glass House”, zresztą dziwnie nieprzystający w swojej efektowności do pozostałych prac. Duże pudło mocno oświetlone od wewnątrz imituje wnętrze utopijnego szklanego domu. Dialog z modernistycznym pragnieniem idealnego wnętrza jest tu niezwykle krytyczny. Skoro do zielonego (sztucznie zakrzewionego) wnętrza możemy zajrzeć, łatwo można się domyślić, że nie może być ono intymne czyli spełniać jednej z podstawowych jego funkcji. Nieudana próba stworzenia społeczeństwa klarownego i przejrzystego, które mogłoby zamieszkiwać w takim wnętrzu jest tu bardzo trafnie zdemaskowana. Cała praca jest również bardzo atrakcyjna wizualnie (a ja czasem lubię popatrzeć na piękną sztukę).
Kolejnym eksponowanym dziełem jest o 80 lat starsza praca Mieczysława Szczuki „Domy – ogrody w Miastach ogrodach”. Przedruk planu tego domu-ogrodu na dużej planszy jest konceptualną aluzją- sam w sobie nie jest dla widza przejrzysty, ale w koncepcję wystawy wpisuje się bardzo trafnie. Jest to ilustracja manifestu Mieczysława Szczuki z periodyku Dźwignia z 1928 roku. Pomysł połączenia bezduszności pionów i poziomów modernistycznego miasta z naturą, w założeniu bardzo szczytny okazał się tylko wystawy snem nierzeczywistym. Szczuka pojawia się tu też w kontekście swojego manifestu „Sztuka a rzeczywistość” który jest wyraźnym połączeniem z drugą narracją wystawy której przyczynek stanowi manifest Artura Żmijewskiego „Stosowane sztuk społeczne”.
I tak ze szklanych domów przenosimy się na ulice , a przynajmniej zaglądamy w telewizor aby jak przez okno poobserwować, co dzieje się na ulicy. Na ulicach Tel Avivu protest przeciw wojnie w Gazie, który stał się inspiracją do pracy Artura Żmijewskiego i Yael Bartany. Ciężko się wypowiadać o pracy, którą oglądało się w mało sprzyjających wernisażowych warunkach, dodatkowo ciężko mówić o pracach artysty, którego sztuki nie jest się wielkim orędownikiem. Trochę jest prawdy w zarzutach, że praca to dokument i tyle, ale być może właśnie o to chodzi. O dokument, o sztukę która zaangażuje się w życie, tak jak miała angażować się sztuka Szczuki, ingerować i zabierać głos. I tu wystawa dotyka dość ostrego sporu, gdzie głos zabierają zarówno odżegnujący się od sztuki zaangażowanej, jak i twórcy już nie sztuki, a kultury wizualnej.Wśród tych prac trochę gubi się duet KwieKulik. Ich wideo to krótka trawestacja społecznych utopii, Olimpiad i wieców, pożywki dla mas.
Na koniec i jakby przez przypadek zobaczyłem zielone światło otaczające całe atelier- dyskretny komentarz do wystawy. Piotr Kowalczyk oświetlił szklany dom jakim jest Instytut Awangardy kolorem zielonym. Przyszliśmy zobaczyć nierzeczywisty sen który pod innymi formami stał się całkowicie rzeczywisty, lub w wykrzywiony sposób tę rzeczywistość przerósł.

Friday, 8 January 2010

"Mocherowe Berety"

2010 rok zaczynamy od rozgrzewki w Fundacji Atelier. W małej galerii na ulicy Foksal zorganizowano prezentacje nowego cyklu obrazów malarki Marty Kochanek –Zbroi „Moherowe Berety”. Zamysłem artystki była krytyka internetowych komentarzy, pokazanie w krzywym zwierciadle anonimowej głupoty.
Już Brian w swoim Żywocie wypisywał na murach Jerozolimy „ROMANES EUNT DOMUS”, a za ten akt wywrotowego wandalizmu ukarany został mniej więcej tak, jak karani są jego Internetowi następcy- nijak. Dziś nikt już nie wypisuje pod mostami tego typu haseł, bo to i niebezpiecznie i publika znacznie ograniczona. Język z rynsztoka łączy się z nienawiścią i kompletnym brakiem taktu i tak powstaje tak zwana opinia, którą możemy przeczytać pod właściwie każdym newsem na portalach, blogach. Popularność gorących wiadomości o stringach Edyty Górniak jest mierzona w tak samo bezwzględny sposób jak informacje o rannych i zabitych w ataku terrorystycznym. Miarą jest ilość komentarzy. Artystka zauważa już w tekście dołączonym do wystawy abstrakcyjność tych anonimowych tekstów, grę głupiego z głupszym o to, który nabierze się na kompletnie nie związany z tekstem komentarz, kogo sprowokują.
Pomysł na cykl Moherowe berety wziął się z obserwacji opinii po zamachu terrorystycznym. Zadziwiona niezrozumiałą nienawiścią i agresją ludzi, którzy o tragedii pisali jak o dobrej zabawie. „W założeniu miało być czarne na białym, mówi malarka, ale potem pomyślałam, że to tylko przytaknęło by temu zjawisku” Przejaskrawiona kolorystyka obrazów kontrastuje z cytatami na nich. Na równi potraktowane są wszystkie tematy, od tych rodem z Pudelka do informacji o morderstwie na dworcu Warszawa Powiśle. Tytułowe” Moherowe Berety” wiszą nad stertą kolorowych szmatek dobrze wprowadza w wystawę. Górka gałganów jest jak komentarze, bezładne i bezimienne. Kolory skrawków wskazują na to, co autorka z tymi komentarzami robi, jak przerabia okrzyki frustracji na świadectwo o samych sobie. Szczególnie podoba mi się obraz „głupia wieśniara wypromowana przez telewizje” traktujący o Edycie Górniak. Tekst nabazgrolony na płótnie trafnie uwypukla estetykę komentarza obok schematyczne, jakby malowane przez dziecko przedstawienie, podejrzewam samej bohaterki. nieszczęsnej opini Taki obraz-grejpfrut, niby ładny i bardzo kolorowy, ale treść gorzko-kwaśna. Ciekawa była też refleksja na temat nicków komentatorów, podkreśliła niektóre pseudonimy stałych internetowych opluwaczy, pokazując jak łatwo w internecie o bezimiennych bohaterów.
Cieszę się, że malarka która zazwyczaj porusza inne tematy i operuje innym językiem (tu odsyłam do strony internetowej), wzięła na warsztat ten problem.Efektem jest interesująca gra z nowym i świeżym tematem. Nie trzeba wychodzić z domu żeby zobaczyć, że nie wszyscy dorośli do wolności słowa, którą daje nam internet, ale warto wyjść z domu na ulice Foksal żeby zobaczyć, że nie wszyscy na takie traktowanie wolności się godzą, a dodatkowo potrafią o tym przekonywująco …malować.